Dodaj link do tego mBloga do serwisu Startowy.comDodaj kanał RSS do serwisu Startowy.comRSS
mblog.pl

Autor

.

...?!
2011-12-25 | 22:19:14
autor: ines007 | skomentuj (0)

Nie sądziłam, że ten blog nadal istnieje. Nie przypuszczałam, że wciąż mogę się tutaj zalogować. Nie pomyślałabym, że nadal pamiętam hasło. A jednak. Może to właśnie jest ten "Christmas miracle"? Myślę, że na inny nie mam co liczyć, więc powinnam brać, co dają. W sumie jestem nawet zadowolona... widocznie można tak samo cieszyć się z nowego prezentu, jak z odzyskania czegoś, co się dawno utraciło. 

Nie przeglądam już starych notek, chociaż wciąż pamiętam, co w nich było. Niektóre z nich, często losowe, usunęłam. Wiem, że gdybym wróciła na chwilę do starych, spisanych emocji, to zdziwiłabym się, jak bardzo się zmieniłam od tamtego czasu, ile młodości i naiwności straciłam bezpowrotnie, śmiałabym się z tego, jak mogłam pisać takie głupoty i bezkrytycznie akceptować osoby, które mnie krzywdziły. Wydoroślałam, bo teraz jestem już dorosła. Wiem na pewno, że mając 15 lat, nie takiej dorosłości oczekiwałam i nie tak wyobrażałam sobie to wszystko. Cóż, na pewno nie przypuszczałam wtedy, że jestem taka twarda, że mogę dostać po pysku sto razy, a potem sto razy wstać i iść dalej. Bywa ciężko i często się załamuję, ale patrząc na te wszystkie lata, kiedy tutaj pisałam, myślę, że skoro istniałam wtedy i istnieję teraz, mimo wszystkiego, co się w tym czasie wydarzyło, to za kolejne 6 lat nadal tutaj będę. Znowu inna, znowu zdziwiona sobą i światem, ale sądzę, że nadal tutaj będę. To chyba optymistyczny akcent. 

To już 3 święta z moim W. Mam na palcu "promise ring" i inaczej patrzę już na miłość. Uspokoiłam się, wiele moich gwałtownych emocji wypaliło się. Cieszę się, kiedy spędzamy razem wieczór, wiem, że mogę na niego liczyć i że będę spokojna i szczęśliwa, kiedy zamieszkamy razem. Nie umieram z zazdrości, nie płonę z ekscytacji. Wszystkich (ok, 3 to nie znowu taki tłum) moich eks sprzedałabym za jeden wieczór przed telewizorem z W. Musieliby mi jeszcze wydać resztę ;)

Tyle spontanicznego update'u. 

Merry Christmas, everybody.  

.
2010-12-29 | 13:52:38
autor: ines007 | skomentuj (8)

Zastanawiam się, czy na świecie żyje, bądź żył kiedykolwiek człowiek, którego nic nie irytowało? Nie spotkałam nigdy nikogo takiego, ale przecież to o niczym nie świadczy- znam może sto osób, rozmawiam z kilkunastoma, toleruję sześć, lubię i kocham jedną. Jaki to jest ułamek wobec liczebności całej planety? Pomijalny.

A przecież są podobno gdzieś daleko stąd mnisi, którzy potrafią osiągnąć nirvanę i zjednoczyć się w całości z wszechświatem. Czy to oznacza, że w takim stanie wszystko akceptują? Czy może nauczyli się nie myśleć, nie rozważać tych spraw, które ich ograniczają? Może tak mało potrzebują, że nic ich nie ogranicza, kiedy nauczą się czerpać siłę tylko z siebie? A może to wszystko bajki, które w jakiś tam sposób mają popychać tych, którzy chcą tylko spokoju, do samorozwoju w imię wyzbycia się całej złości, jaką trzeba w sobie nosić? Od której nie ma sposobu ucieczki?

Pytanie "co właściwie przeszkadza w tym, żeby świat był piękny i wszyscy byli szczęśliwi?" jest tak idiotyczne, że człowiek sam przed sobą wstydzi się, kiedy coś takiego przyjdzie mu do głowy. Oczywiście, że wszystko. W ciągu jednej attosekundy można wpaść na przynajmniej kilkadziesiąt odpowiedzi na to pytanie, a im dłużej człowiek się nas tym zastanawia, tym bardziej jest przekonany, że to niemożliwe, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Nawet żeby większość z nas była szczęśliwa. Po głębszym namyśle- to raczej niemożliwe, żeby ktokolwiek był szczęśliwy. Kilkudniowe niemowlę może nie ma problemów, wszyscy zajmują się nim najlepiej jak potrafią, zaspokajają każde jego potrzeby, a ono za mało widzi, żeby dostrzec to, co jest źle, za mało słyszy, żeby dobiegły do niego cudze rozmowy i za mało rozumie, żeby cokolwiek ogarnąć- ale czy można rozpatrywać jako szczęście stan, w którym po prostu brak nam świadomości, żeby zdać sobie sprawę z tego, że żyjemy, o reszcie nie wspomnę? No, not at all.

Im starsi jesteśmy, tym bardziej pogrążamy się w sprawach, które nas dotyczą wbrew naszej woli, im więcej robimy, żeby doprowadzić nasze życie do stanu, w jakim chcielibyśmy je mieć, tym więcej widzimy przeszkód. Im bardziej chcemy naprawić ten kraj, tym gorszy on się staje, im mocniej chcemy z niego uciec, tym więcej ohydnych macek nas tu trzyma. 

Chcemy mieć własne miejsce na ziemi, nie mamy nic, czym moglibyśmy za nie zapłacić.

Chcemy mieć dobry zawód, dobrą pracę. Nikt już nawet nie marzy o tym, żeby robić w przyszłości cokolwiek zgodnego z zainteresowaniami. Wypruwamy sobie żyły, robiąc to, czego nienawidzimy, próbując wizualizować sobie szelest banknotów, które mają kiedyś dać nam chleb, prąd, wodę i gaz. Chleb, prąd, wodę, gaz, internet i sygnał telefonii komórkowej. Bo to wszystko, niestety, jest ważniejsze niż uczucia. Bez uczuć można żyć, bez wody- nigdy. 

Chcemy kochać i być kochanymi, żeby mieć cokolwiek w zanadrzu, kiedy już okaże się, że niemożliwe jest spełnienie powyższych marzeń- a okazuje się, że miłość, to też same obowiązki. Trzeba się spotykać, nawet kiedy nie mamy czasu i siły, trzeba rozmawiać, nawet, kiedy chcemy pobyć sami, trzeba wymyślać, "co będziemy dziś robić", trzeba ustalać, kiedy się zobaczymy i ile spędzimy ze sobą czasu, kiedy nie mamy siły nawet poruszyć palcem. 

Chcemy być zdrowi, żeby jakoś to wytrzymać, a dusimy się każdej nocy i nasze serca pewnego dnia zaczynają sprawiać nam ból, który z czasem staje się elementem naszego życia na zawsze. 

W takiej sytuacji pojawia się pytanie "po co żyjemy?". To pytanie jest dużo bardziej uzasadnione, niż pytania o szczęście. Żyjemy, bo ktoś kiedyś chciał mieć dzieci, lub nie wiedział co zrobić, by ich nie mieć. Albo miał pecha. Jeśli sami chcemy mieć dzieci, to pół biedy- zostawimy tu nasze geny i umrzemy. Natomiast jeśli nie chcemy, to ta cała pogoń za króliczkiem, z punktu widzenia planety, nie ma sensu. Po prostu urodziliśmy się i umrzemy, a przez to zwiększy się entropia układu. I jak, wiedząc to, mamy wstawać każdego dnia i robić swoje?

 

 

.
2010-10-24 | 12:55:54
autor: ines007 | skomentuj (4)

Starzeję się.

Zaczęłam nienawidzić weekendów. Bo nie podnoszę tyłka z krzesła, tylko siedzę nad książkami. I łóżko z nową, ciepłą do granic możliwości kołdrą trzyma mnie tak, jakby nagle wyrosły mu macki, a wyrzuty sumienia wypalają mi dziurę w kości jarzmowej. Bo powinnam się uczyć przynajmniej 14 godzin na dobę, a dobijam do 12. Więc wstaję, jak potępieniec. I ciągle za mało czasu, ciągle trzeba upychać sobie informacje w głowie na siłę. 

O dziwo, skutecznie. Nie sądziłam, że początek roku akademickiego może być tak skuteczny i że po 18 kolokwiach moja średnia może oscylować wokół 4,5. Tak, definitywnie to już starość. Brzydzę się tym, a fuj. 

Tęsknię za moim W. tak moceno, że nie wiem, co mam z sobą zrobić. Ale już niedługo się zobaczymy. Wszystko byłoby dobrze, gdybym nie miała uczucia, że nie mogę zrobić na tyle głębokiego wdechu, na ile potrzebuję i gdyby moje serce nie robiło tylu "pustych kursów". 

Wspominanie tamtego lipca działa jak zimny okład na gorączkę. A kiedy nie mogę złapać tchu, myślę o tamtych nocach, kiedy nie mogliśmy spać z gorąca, a na Twojej nagiej piersi znajdowałam miejsce, żeby położyć rozpalony policzek. 

 

 

Too much. 

 

 

Nie-tak-wielki powrót.
2010-10-02 | 23:06:37
autor: ines007 | skomentuj (5)

Salvete.

Owszem, wiem, że długo nie pisałam. 

Nie, nie powiem nic na ten temat. Bo to bez sensu. 

Mówi się albo wszystko, albo nic. Nie ma sensu zaczynać, kiedy nie ma się zamiaru skończyć. Można znieść wszystko w ciszy, ale kiedy otworzy się usta, żeby zdradzić chociaż jedno słowo z nieskończoności myśli, z gardła wydrze się tylko wrzask, od którego pęka szkło. Nie wiem, czy by mi to pomogło. 

Fakty:

Jeszcze żyję. 

Jestem wciąż z tym samym facetem. I jest nam bardzo dobrze ze sobą, wreszcie bez dzikich ekscesów, jak w moich poprzednich, pożal się Boże, związkach.  I jesteśmy nadal zakochani jak pierwszego dnia, a to już ponad rok. :)

A reszta? Cóż, pytaniem jest, co właściwie mówić o życiu, jeżeli plus nieskończoność i minus nieskończoność składają się w piękne, okrąglutkie zero. Gdybym miała wszystko, oprócz mojego W., to nie miałabym nic. Teraz nie mam nic, ale mam W., czyli chyba mam wszystko? Tak sądzę.

Tylko jak mam zabrać to "wszystko" i uciec stąd? I dokąd pójść? Nie wiem.

Nie wiem.

Z braku możliwości będę chyba musiała zostać tu, gdzie jestem i wykrwawić się jak prosię. Szkoda. Momentami bywa(ło?) tak pięknie.

 

 

?
2010-06-07 | 10:55:56
autor: ines007 | skomentuj (5)

We wszechobecnym bezładzie i chaosie szukam odpowiedzi. Jak nietrudno się domyślić- nie znajduję. Każdego dnia, w każdej sekundzie wypatruję końca tej groteski, ale jego również nie widać. Nie wiem nawet skąd miałby przyjść, wwiercam się wzrokiem w horyzont z każdej strony. Wciąż żadnego znaku. Wygląda na to, że żadnego końca się nie doczekam, że nie jest on przewidziany. Przynajmniej nie dla mnie. A mnie nie interesuje dalszy ciąg, uczestniczyłam już w zbyt wielu chorych sytuacjach, żeby dalej mieć nadzieję, że to, co widzę, to tylko pierwsze, powierzchowne i nieobiektywne wrażenie. Zdecydowanie nie jestem fanką plus nieskończoności. I nie, nie zamierzam, nie chcę, nie mogę zostać w tym stanie do tzw. "usranej śmierci".

Tylko co robić. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę nie mam pomysłu.

Czas leci jak krew z nosa. Tu bez zmian. Tęsknię za moim W. i odliczam czas do spotkania, chociaż wiem, że te liczby nic nie znaczą, bo ono prawdopodobnie się nie odbędzie. Moja nauka, jego nauka, powódź, jedna fala, druga fala, samochód decydujący się, ni z tego, ni z owego, wyzionąć ducha w kłębach białego dymu po powrocie z Kielc. Przestaję już wierzyć, że przypadki losowe mogą zdarzać się tak często, ale niestety- zdarzają się.

Można i śmiać się, i płakać. Nie mogę się zdecydować na jedno wyjście, więc robię to naprzemiennie. Czasami pomaga. 

Mam niepokojące wrażenie, że scenarzysta wymyślający moje dziwne losy popadł w alkoholizm, lub ma poważny kryzys twórczości i wiary we własne siły. Może potrzebuje dwóch tygodni urlopu, szumu ciepłego, czystego morza, leżaczka pod palmami i seksu z dziewczyną, co się z fal spienionych wyłania w skąpym bikini, ale mógłby to załatwić we własnym zakresie. Z łaski swojej. 

.
2010-05-21 | 17:31:17
autor: ines007 | skomentuj (1)

Do cholery, to jest przecież mój blog. MÓJ. Gdybym umiała tego tak nie oddawać, nie wypuszczać z rąk. Nie tracić tego wszystkiego. Piszę.

Śpię, przysypiam. Tylko szukam miejsca żeby oprzeć głowę. Dziwne, bezsensowne sny. Zawsze to jakaś rozrywka.

Migające okna, rozmowy. Nic nie warte. Jak krew z nosa.

Ale jestem miła, grzecznie odpowiadam na pytania i uśmiecham się. Martha Stewart. Świetnie sobie radzę. I w ogóle wszystko tak miło. Tak do przodu. Bla bla bla.

I inne duperele. 

Idzie nowe.
2010-04-05 | 23:27:34
autor: ines007 | skomentuj (2)

Im człowiek jest starszy, tym więcej rozumie.

A im więcej rozumie, tym bardziej chce żyć własnym życiem. Zaskakujące, jak z wiekiem rodzą się nowe marzenia. Jak mocno wbija się w głowę wizja własnego domu, dzielenia każdego dnia z ukochaną osobą, budzenia się i zasypiania u boku kogoś, kogo się właśnie wybrało na towarzysza do wspólnej drogi przez wszystkie przyszłe dni.

W miarę dorastania, coraz bardziej nieznośne jest tkwienie w tym stanie, jaki narzuca rzeczywistość. Słuchanie poleceń. Tęsknota za drugą połówką, nienawiść do kilometrów, jakie nas dzielą. Uniform córki i członka rodziny staje się jeszcze bardziej ciasny, jeszcze boleśniej wrzyna się w serce.

Człowiek, który dorósł do nowego życia, nie nadaje się już do tego, które prowadził do tej pory. 

Biała suknia, własny dom, cztery ściany wypełnione miłością. Spokojny oddech i ciepło mężczyzny. I życie. Nowe życie. Nowe miasto, inne, wymarzone studia, własne sukcesy i porażki. W tym zamykają się moje marzenia.

Dziwi mnie to, że tak nagle z nastolatki zmieniłam się w kobietę. Ale to się zawsze dzieje i każdego dopada- wcześniej czy później. 

I będę miała właśnie to. Dopnę swego, bo ileż można żyć za ciasnym, niewygodnym, cudzym życiem? 

 

 

Mam, no mam już tego dość. Po co, no po co mi to wszystko?
2010-01-20 | 16:17:23
autor: ines007 | skomentuj (3)

Dawno nie pisałam. Zacięłam się jak zepsuty zamek i przestałam cokolwiek mówić. Komukolwiek ufać. Po co mam się odzywać, skoro nikt nie usłyszy? Nikt nie słucha. Nikt nie rozumie.

Teraz wróciłam. Zmieniłam szablon i przełamałam się, żeby zacząć pisać. To nic nie zmieni, ale nie chcę mieć świadomości, że nawet nie próbuję. Mimo że wiem, że odwiedzam bloga tylko wtedy, kiedy jest naprawdę źle. Jak jest dobrze, to daję sobie radę. Względnie ogarniam siebie i świat. Teraz nie ogarniam niczego i niczego nie pragnę.

Doszłam w życiu do takiego momentu, w którym powinien się wyświetlić komunikat „nie ma już więcej dostępnych ruchów”, tudzież, w formie skróconej: „jesteś w czarnej dupie”. Chciałam każdego zadowolić, wszystkim zrobić mentalnego loda, każdemu wnieść do życia trochę radości. W rezultacie nocami nie mogę spać i leżę, skulona w kłębek, trzęsąca się z bólu, zapłakana i przybita.

Rodzice zmusili mnie do pójścia na takie studia, jakie im się podobały- na farmację. Prosiłam, płakałam, przekonywałam. Mówiłam, że nie chcę. Nie lubię, nie dam rady. Odmowa. Wrzaski. Złamałam się. Teraz nie chce mi się żyć, bo wiem, że do końca będę już nieszczęśliwa, jeśli nie zejdę z tej chorej drogi. Nie znoszę chemii, nienawidzę fizyki, nie lubię matmy. A nie robię nic innego, oprócz nauki tych przedmiotów, dzień i noc. Owszem, można się nauczyć, bo można się nauczyć wszystkiego. Ale nie można poświęcać całego życia dla czyjegoś „widzimisię”. Mam ochotę zdechnąć i konsekwentnie się do tego doprowadzam.

Mój własny chłopak, którego kocham i który kocha mnie, doprowadził mnie do stanu takiej paranoi, że najchętniej zakopałabym się w dwumetrowym dole. Nigdy wcześniej w zasadzie nie miałam kompleksów- nie uważałam się za piękność, ale i nie za paskudę. Miałam niezłe powodzenie i nie brzydziłam się siebie. Teraz, dzięki jego „życzliwym opiniom” moje kompleksy wzrosły o tysiąc procent i mam wrażenie, że nie powinnam wychodzić z domu i straszyć ludzi. Kiedy jadę na zajęcia, owijam się po same oczy szalikiem, chowam się po kątach, kulę się w cieniu. Robi mi się niedobrze na samą myśl o wiośnie, kiedy nie będę mogła ubrać czapki i schować się za kołnierzem kurtki.

Z nikim już nie rozmawiam, bo nikt nie rozumie. Dawne koleżanki mają swoje studia, na których jest im dobrze, gdzie świetnie się bawią, imprezują, odpoczywają i uczą się tylko sesji, a ja siedzę nad książkami do rana, a o świcie kładę się do łóżka, żeby przespać godzinę. Rodzice mają niedosyt, że nie mam, jak w LO, samych piątek, a ja łykam proszki jak dziecko landrynki. Przeciwbólowe, uspokajające, pobudzające, na sen, na pamięć, na stres, na wszystko. Nie pomaga.


Nic nie pomaga. Nic nie pomoże.


"Któregoś dnia rzucę to wszystko
I wyjdę rano niby po chleb
Wtedy na pewno poczuję się lepiej
Zostawię za sobą ten zafajdany świat
Napełnię olejem pustą głowę
I wrócę tam, na aleję pełną róż
Napełnię olejem pustą głowę
I wrócę tam, na aleję pełną róż

Czasem płaczę, bo chce mi się płakać
Wtedy czuję, że uchodzi ze mnie zło"

 

Przepraszam za niespójność mojej notki. Nie mogę zebrać myśli.

 

 

 

 

Spokojnie.
2009-11-07 | 17:27:37
autor: ines007 | skomentuj (4)

Tyle rzeczy, tyle spraw dookoła, że człowiek aż nie wie o czym pisać, o czym mówić. Milczy więc zawzięcie, a świat wiruje jak szalony. Świat się kręci.
Kręci.
Krę-ci.
K-r-ę-c-i.

Człowiek dużo się uczy, mało śpi, czasem je, często bierze persen. Człowiek słucha innych, zapamiętuje co mówią, ma idealnie skatalogowane wspomnienia, ale nie odzywa się, nawet przez sekundę nie odkrywa swoich kart. Człowiek potrzebuje ciszy, chce ją wyhaftować muzyką, a ma w głowie jazgot, konspiracyjne szepty, ekshibicjonistyczne do granic wyznania innych, bezsensowną paplaninę. A chce tylko muzyki. Jak narkoman na głodzie trzęsie się z tęsknoty za muzyką. W domu rzuca się w nią jak w ocean. Człowiek czasem płacze, ale jest twardy, zdesperowany i uparty jak Spartanin. I walczy na śmierć i życie, a głowę ma wolną, a myśli gdzie indziej. Mało mu zależy na sobie i na świecie, sam właściwie nie wie, na czym mu zależy. Człowiek chciałby być wolny.

Taki oto ze mnie człowiek.

Nie mogę się jeszcze odnaleźć. Nowe życie. Inne. Dziwne. Sama nie wiem, czy mi się podoba. Chyba nie. Trzymam się, już jestem inna niż kiedyś, już nie tak łatwo mnie zniszczyć. Czasem boję się, że się ugnę, czasem cała psychika mi trzeszczy i drga, ale nie rozpada się. Już za dużo przeszłam, żeby człowiek mógł mnie zrównać z ziemią. Patrzę innym prosto w oczy, moje oczy płoną. Czasem wciąż mogę uwolnić umysł, myśli płyną jak wodospad. Jeszcze czasem myślę kolorami.

Patrzę z zainteresowaniem. Jak na przyrodniczy film o prokreacji mrówek. Jak na coś, co mnie wcale nie dotyczy. Bo wiesz? To mnie nie dotyczy. Bo dotyczy nas tylko to, co dopuszczamy do siebie, co wpuszczamy głęboko do mózgu. A umysł jest jak biały dywan- szybko się brudzi i ciężko go doprać, więc trzeba go oszczędzać i wpuszczać tylko niektórych. I bezwzględnie bez butów.

Tęsknię za Wojtkiem przez większą część czasu. Piękne jest to, że żyjemy razem, nawet na zabójczą odległość, nawet pomimo, że widujemy się raz w miesiącu. Ze mamy czas na kilka godzin rozmowy dziennie, nawet gdy nie mamy czasu na sen. Że umiemy powiedzieć sobie "kocham", nawet kiedy cały świat nas denerwuje. Że trzymamy się siebie, nawet mimo to, że nie musimy. Po prostu chcemy, a chcieć to móc. Przy nim wszystko staje się "jakieś takie proste".

Przy złożoności miłości nagle okazuje się, że cały świat jest binarny.


"Przepchniemy baniole przez Laissez-passee
Tygrysa do baku i wio na trasę
W słońca migotanie, za nami świat zostanie
I panika ery barykad
Morda flika, wojsko w łazikach
Polityka, klasa i klika
Wiece w rękach, partia, syndykat, dialektyka
I w ogóle wszystko co nam przeszkadza spokojnie leżeć na słońcu, trzymając ręce na piersiach panienki, patrzeć na chmury typu cumulus w kolorze białym. Natomiast niebo jest przy tym niebieskie."

 

                                                                                       Kult, "Marianna"

You bleed just to know you're alive.
2009-09-06 | 00:16:30
autor: ines007 | skomentuj (11)

Czas leczy rany. Ile razy to słyszeliśmy? Za każdym razem, kiedy mamy złamane serce, kiedy jesteśmy zdruzgotani i czekamy tylko, aż coś pęknie i świat z łoskotem spadnie nam się na głowę, bo przecież nie może być inaczej. Ktoś przychodzi, klepie nas po ramieniu i mówi te same słowa: „Nie martw się, przejdzie Ci. Czas leczy rany”. Wtedy zazwyczaj mamy ochotę zdjąć but i rzucić nim w naszego zacnego pocieszyciela, w geście łączącym ciętą ripostę i jedyny komentarz, na jaki możemy się wówczas zdobyć. Na ogół nawet na to nie wystarcza sił, a czas… czas naprawdę leczy nasze rany. I nie tym, że płynie, że mijają dni, a wraz z nimi bledną wspomnienia- czas leczy poprzez stawianie na naszej drodze nowych ludzi, którzy wypełniają pustkę w sercu.

Na mojej drodze los postawił Wojtka. Paradoksalnie dokładnie w ten sam sposób, w jaki znalazł się na niej Rafał. A Wojtek spotkał mnie właśnie wtedy, kiedy moje oczy zaczynały płonąć takim samym niezdrowym blaskiem chorej miłości, jak blade, wilcze oczy Rafała. Gdybym pozwoliła, żeby ten ogień mną zawładnął, byłabym jego już na zawsze. Zabrakło kilku dni. A teraz patrzę na Wojtka i jeszcze czasem zdarza mi się szukać w nim czegoś, co znajdywałam w biało-błękitnym obłędzie tęczówek tego, którego nie zapomnę nigdy. Ale wiem, że tamto to już przeszłość, a ja mogę utonąć w ciepłych, silnych, opiekuńczych ramionach kogoś, kto nie chce mnie skrzywdzić i kocha szczerze, prosto, nie oplatając mnie swoją miłością jak pajęczyną, która mnie dusi. Mówię mu „kocham” i nie kłamię. Z dziką satysfakcją oddałam mu te same uczucia, jakimi darzyłam Rafała- nie takie same. Te same. I z wielkim zdziwieniem widzę, że moja wielka miłość pasuje do tego, co czuję do Wojtka, że nie „wisi” na naszym związku jak za duży płaszcz. Jestem szczęśliwa. Zaczynam być szczęśliwa.

Czasem tylko budzę się, tak jak kiedyś, zlana zimnym potem, mając wciąż przed oczyma to, co działo się 13 marca i pustkę, jaka oplotła mnie potem swoimi czarnymi mackami. Ale potem nastaje świt i słyszę w słuchawce ciepły, mruczący głos Wojtka i wyznanie miłości, wobec którego nigdy nie będę obojętna.

I wciąż czasem mam to uczucie, jakby w moim żołądku nagle znalazło się wiadro lodu. Wtedy cierpnę na całym ciele i próbuję normalnie oddychać. Pokonać paraliżujący strach, że to już koniec i że W. też odejdzie. Mijają dni. On nie odchodzi. A kiedy odejdzie, zanim zapłaczę gorzkimi łzami i zanim moje serce znów zadławi się krwią, podziękuję Opatrzności za to, że był.

I czasem ciągle mam wrażenie, że los nigdy się nie odwróci i że zawsze będę miała pod górę. Że mnie i Wojtka pożre szara codzienność i problemy, które nigdy nie zostawiają zakochanych w spokoju. Że przytłoczy nas rozłąka, 200-kilometrowa odległość, studia, inne miasta, brak czasu, zmęczenie, tęsknota, rozgoryczenie, brak fizycznego kontaktu, czekanie. A on wtedy zawsze, jak anioł stróż, odwraca moje myśli na jasną stronę życia.

 

Wiele się zmieniło. Chyba wydoroślałam. Może wreszcie umiem docenić spokój i urok tego, co proste i pozornie zwyczajne, a przestać szukać pięknego umysłu owładniętego obłędem. Rafał może i był miłością mojego życia, ale nie musiał być mężczyzną mojego życia.

Jestem jeszcze młoda. Wiele przede mną. Nie chcę płakać, nie teraz. Przez łzy nie widzę, jaki świat jest cudowny.

 

„And I’d give up forever to touch you
’cause I know that you feel me somehow
You’re the closest to heaven that I’ll ever be
And I don’t want to go home right now

And all I can taste is this moment
And all I can breathe is your life
’cause sooner or later it’s over
I just don’t want to miss you tonight

And I don’t want the world to see me
’cause I don’t think that they’d understand

When everything’s made to be broken
I just want you to know who I am

 

                                                                        The Goo Goo Dolls, "Iris"

 

 

 

Silence is good.
2009-07-17 | 20:23:00
autor: ines007 | skomentuj (33)

Coś dziwnego dzieje się ze mną, kiedy długo nie piszę. Tak, jakby pisanie zupełnie nie było czynnością z gatunku umiejętności pływania, czy jazdy na rowerze, jakby dało się zapomnieć "jak to się robi". Siadam przed monitorem, przed pustą kartką, a moje skłębione myśli pierzchają w popłochu, tak jakby umiały znaleźć wewnątrz mojej czaszki jakieś miejsce, żeby się schować. Na samym środku "pole bitwy" zieje pustką i nie mogę znaleźć nic, czego mogłabym się uczepić, żeby zacząć pisać. Dlatego postanowiłam zacząć właśnie od tej pustki, bo z perspektywy braku pisania od miesięcy wydaje mi się bardzo inspirująca.

Zastanawiam się, co się dzieje z czasem. Pozwalam mu płynąć i nie zatrzymuję go. Nigdzie mi się nie spieszy i niczego nie jest mi szkoda. Nie mam absolutnie nic do stracenia, niczego nie żałuję, bo i nad niczym się nie zastanawiam. Przesadne ilości myślenia działają jak arszenik, ograniczam je więc do minimum. Staram się nie wybiegać myślami w przyszłość i niczego nie wspominać. Nie rozdrapywać starych ran i nie dawać nikomu tworzyć nowych. Jedyną rzeczą, jaka mnie interesuje, jest obsesyjne oszczędzanie sobie wszelkiego bólu, który zbyt  długo był jedynym, co czułam, więc teraz każda "powtórka" by mnie zabiła. Pieczołowicie pielęgnuję swoją samotność, pieszczę swoją alienację, wygładzam niewidzialną powłokę, którą odgradzam się od innych. W reszcie, po prawie roku od momentu, kiedy moja stopa pierwszy raz przekroczyła granicę piekła, ten wszechobecny ogień przestaje mnie palić. Wreszcie to wszystko przestaje boleć, a ja z lubością przyjmuję lodowatą pustkę, która mnie wypełnia. Czuję się tak, jakby wszystko, co kiedyś żyło we mnie, było napalmem, którego nie da się ugasić, który musi wypalić się do końca. Wypaliła się miłość, przyjaźń, wrażliwość, współczucie, empatia, zazdrość, tęsknota, żal, marzenia, nadzieja, wiara, idee, ambicje, wszystko to, czym się martwiłam, przejmowałam, na czym mi zależało. Pierwszy raz od dawna, właśnie w tej pustce, mogę odetchnąć głęboko, bo w moich płucach nie tkwi już ten płonący napalm.

Ale człowiek nigdy chyba nie będzie wolny od ognia. Mimo wszystko wciąż płonę na stosie. Nie dopalił się we mnie stres, który trzyma mnie na nogach każdego dnia, powoduje, że jestem bezustannie spięta, zdenerwowana, zirytowana, zła i rozdrażniona. Denerwuje mnie ludzka pycha i próżność, głupota, brak wyobraźni i fałszywe postrzeganie prostych sytuacji. Denerwują mnie wymądrzające się osoby, które nigdy niczego nie zaznały, przeżyły ponad 20 lat życia bez wspomnień, wyzwań, bez miłości, szczęścia i bólu, a potem wyrywają się, żeby doradzać innym, którzy doświadczyli już tysiąc razy więcej. Denerwuje mnie coś, co powszechnie nazywa się rodziną, a jest to tylko grupa ludzi, których rzucił w to właśnie miejsce dryft genetyczny i nie łączy ich ze sobą nic, oprócz fragmentów genomu- nie znają się, nie lubią się, nie interesują się sobą nawzajem, ale spotykają się i muszą siedzieć przy jednym stole, przymuszani przez powstałego z grobu, bezosobowego potwora zwanego tradycją. Denerwuje mnie to, że wszyscy próbują się ze wszystkimi porozumieć, przekonać innych do swoich racji, zamiast usiąść i przemyśleć pewne sprawy w samotności. Sztuczne uśmiechy, syntetyczne przywiązanie, symulacja miłości, prowizoryczne więzi, wymuszone wpasowywanie się w ciasne, średniowieczne, ograniczone normy. Irytują mnie miliony rzeczy, nad którymi nie mogę zapanować. Budzę się w nocy i płonie we mnie wciąż jeden gniew- ale ten ogień jest inny. Jest ciepły, żywy, nie zabija, a potęguje emocje. Negatywne, ale zawsze jednak emocje.

Przez dwa tygodnie spędzone samotnie w domu, bez rodziny, poczułam, że żyję. Nauczyłam się ciszy na pamięć i pokochałam ją. Nie umiem żyć z ludźmi. Przypadkowo dotknięta, nawet przez kogoś znajomego, podskakuję jak oparzona i, sądząc po minie towarzysza, zapewne sprawiam wrażenie osoby, która jest w stanie powyrywać ręce i nogi temu, kto naruszy jej prywatną przestrzeń. Toleruję tylko ciszę i muzykę. Bogu muzyki oddaję niemą cześć każdą sekundą swojego istnienia- gdyby nie muzyka, nie byłoby mnie tu.

Znowu dwóch mężczyzn u boku. Znowu muszę wybierać. Tym razem nie wybiorę wcale, po prostu nic nie zrobię. Nie mogę bez końca ryzykować i cierpieć. Słodki, ciepły W. i jego ślepa wiara w ludzi. Spokojny, wrażliwy i pełen empatii M., który powala mnie na kolana swoim cudownym talentem i granymi specjalnie dla mnie sonatami, dzięki którym pokochałam muzykę klasyczną. A ja jestem jedna i nie jestem na sprzedaż. „I z duszy swej, mój Dobrodzieju, nie zrobię nikomu prezentu”. Chociaż pewnie będzie jak zawsze- moje postanowienia pójdą się paść.

 

„Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.

Słowo to zimny powiew
nagłego wiatru w przestworze;
może orzeźwi cię, ale
donikąd dojść nie pomoże.

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.”

 

                                    Grzegorz Turnau, „Naprawdę nie dzieje się nic”

 

 

 

Z miłości można tylko umrzeć.
2009-05-31 | 00:18:38
autor: ines007 | skomentuj (35)

Cóż, wygląda na to, że mam wolne. Po maturach musiałam zaliczyć kilka nieprzyjemnych formalności, tak jak np. wesele kuzynki na drugim końcu Polski, z którego zmyłam się o 22 i tym podobne, niepotrzebne formalności. A teraz siedzę w domu i czule pielęgnuję swoją postępującą alienację. Przestałam odbierać telefony, odpisywać na SMSy i maile, wchodzić na gadu-gadu. Nie dlatego, że nie chcę. Po prostu coś się we mnie zablokowało i najzwyczajniej w świecie nie mogę. Na tlenie bywam tylko czasem, żeby porozmawiać z kimś, z kim nigdy nie chciałabym stracić kontaktu. Czytam książki, oglądam filmy i słucham ciszy, którą czasami mieszam z muzyką. Kiedyś cisza dzwoniła mi w uszach, bolała, paliła żywym ogniem. Teraz tak nie jest... może dlatego, że wiem, że z tą właśnie, a nie inną ciszą przyjdzie mi spędzić resztę życia. Resztę mojego samotnego życia. To jest... To jest jak wybór. Często mówię, niby w żartach, że jestem singlem z wyboru, tyle, że nie swojego. Coś w tym jest. Kiedy decydowałam się być sama i nie sprawiać sobie już więcej bólu, sama ta decyzja bolała potwornie. Każdy wybór wiąże się z bólem. Całe szczęście, że to mija, kiedy tylko nauczymy się żyć z tym, co postanowiliśmy. Tak, jakby to było kalectwo.

Ponoć ze wszystkich rzeczy na świecie pewna jest tylko jedna: że wszyscy umrzemy. Ja, oprócz tego, mam jeszcze jedną pewność: że nigdy już nie będę umiała żyć tak, jak kiedyś żyłam. Że nigdy już nie będę sobą. "Z autobusem Arabów zdradziła go, nigdy nie był już sobą, o nie..."- wszyscy to chyba znamy. I właśnie tak jest. W momencie, w którym pierwszy raz ktoś nas zdradza, na zawsze przestajemy być sobą. Mnie ktoś zdradził sto razy, okłamał tysiąc. Wyrwał mi z piersi bijące jeszcze serce i cisnął nim o ziemię. Milion razy potem umarłam. A na koniec przyszedł Ten Jedyny, mistyczny, cudowny Książę Na Białym Koniu, pokochał mnie, a ja pokochałam Jego. Potem odszedł, a ja zostałam sama w środku wszystkiego. Ale źle zaczęło się robić po tej pierwszej zdradzie. To jest koniec wszystkiego, co nazywamy krótkim słowem "JA". 

Ostatnio człowiek, którego myślałam, że trochę już znam, powiedział mi na mój temat mnóstwo dziwnych rzeczy. Chciał dobrze. Nie wie wszystkiego. Myślał, że ma rację. Chciał pomóc. Troszczy się o mnie. Ma gdzieś w głębi siebie żal o to, co się stało, a właściwie nie stało. Mówił złe rzeczy. Niemiłe, niedobre. Nieprawdziwe. Rzeczy, które by bolały, ale ja już nic nie czuję, więc nie poruszyły mojego skamieniałego serca. Mówił, że nie mogę tak żyć, że kiedyś byłam inna, że to bez sensu, tak się odcinać od wszystkich, wszystkich nienawidzić. Że coś powinnam zrobić, że nie jest tak, jak mówię, że nie jestem najgorsza. Rozmawialiśmy do drugiej w nocy.

Rano obudziłam się, jak zwykle, lękliwie zwinięta w kłębek jak dzikie zwierzę i pierwszą moją myślą było to, że ta rozmowa na pewno się nie wydarzyła i musiała mi się przyśnić. Nie, nie on. Nie ten człowiek, który kiedyś był moją "opcją". Którego mogłam wybrać jako partnera. Z którym mogłabym dziś być- razem, szczęśliwie, spokojnie. Wtedy, gdy miałam wybór, poszłam za miłością. Żadna siła na niebie i Ziemi nigdy nie przekona mnie, że zrobiłam wtedy źle. Nigdy nie pożałuję tej decyzji, nawet przez sekundę. Julia jest Julią od wieków, bo poszła za miłością, która nie miała szans. Zabiła się, bo widziała to, co było według niej końcem tej miłości na Ziemi. Gdyby Julia odrzuciła Romea jeszcze zanim go pokochała, to jej związek z Parysem nie byłby tematem do romansu wszech czasów. Nie poszła na łatwiznę. Ja też. Zostałam sama. Parys jest sam. Romeo jest... pewnie z Rozaliną. Teraz, kiedy już po wszystkim... zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam znowu dokonać wyboru. Samotność, albo Parys. Każde wyjście złe.

To nie tak powinno być. 

"Jeśli muszę i wybrać będę mógł jak odejść
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć przy tobie

Jeśli kiedyś wybrać będę mógł jak to zrobić
To przecież dobrze, dobrze o tym wiem
Chciałbym umrzeć z miłości


Nie na krześle, nie we śnie
Nie w spokoju i nie w dzień
Nie chcę łatwo, nie za sto lat
Chciałbym umrzeć z miłości

Nie bez bólu i nie w domu
Nie chcę szybko i nie chcę młodo
Nie szczęśliwie i wśród bliskich
Chciałbym umrzeć z miłości"

 

Wygląda na to, że naprawdę umrę z miłości.

 

 

Nie.
2009-05-02 | 11:51:52
autor: ines007 | skomentuj (3)

Nie mam siły.

Jestem zmęczona. Przewijają się ludzie, rozmowy. Litery skaczą przed oczami. Nocą lampka rozgrzewa zimne powietrze i świeci na kartki książek. Chowam twarz w bladych dłoniach. Coś się kończy. A na miejsce tego czegoś przyjdzie pustka. Boję się ciszy.

Rośnie folder z listami do R. . Nie wiem, czy mi to pomaga.

Nie mogę już z nikim rozmawiać.

 

 

 

.
2009-04-13 | 12:36:41
autor: ines007 | skomentuj (34)

W życiu kwiecista bezpłciowość.

Święta, których nie lubię. Sny, które mnie męczą. Litery, które skaczą przed oczami. Muzyka, która jest o tyle dobra, że zagłusza myśli. Czuję się obco nawet we własnym pokoju, we własnej skórze, we własnym łóżku, we własnej czarnej bluzce, we własnym makijażu, we własnym krwioobiegu. Jakbym żyła w zastępstwie za kogoś innego. Już nawet niczego nie unikam, bo wiem, że nie ucieknę od własnego pecha. Niebiosa wyraźnie mnie nie lubią. Cóż, nie moja to wina, że się taka urodziłam, nie chcę nawet zastanawiać się nad tym wszystkim, po prostu patrzę, tak jakby ta krzywda działa się obcej osobie. Jak to się nazywało...? To, co kiedyś tak lubiliśmy? Aha, faktycznie... emocje. To co to było, te emocje...? 

Rzadko jestem sama, chociaż właściwie nie potrzebuję nikogo obok. Nie muszę rozmawiać, nie chcę się zwierzać. "A Łukasz...? Łukasz jest OK"- mówię, kiedy znowu słyszę to samo pytanie. Łukasz jest, bo jest, jest po prostu OK- nic dodać, nic ująć. Nie ma w nim nic z Rafała, nie jest tak cudownie błyskotliwy, ani tak wyszukanie podły. Nie umiałby skrzywdzić mnie tak, jak zrobił to Rafał, ale nie umiałby też całować mnie z takim zapamiętaniem. Uśmiecham się, kiedy przychodzi SMS od Łukasza, lubię, gdy ten dźwięk wyrywa mnie ze snu, lubię to "dobranoc", które piszę mu, siedząc w nocy nad książkami. Lubię oczywiste podteksty i zwyczajne pytania. Nic, nic w nim nie ma z Rafała, dlatego nie będzie też żadnej miłości. Będzie pewnie tylko moja dłoń schowana w cieple jego dłoni, kiedy ten koszmar się zakończy i kiedy wszyscy będziemy już wolni. Dwie wielkie miłości przyszły i odeszły zbyt szybko. Teraz mam do zaoferowania tylko ciszę i spokój swojej smutnej duszy. To mu dam, bo nie mam nic więcej... i niczego więcej oddać nie chcę. Żebyśmy mogli być po prostu młodzi, kiedy przyjdzie na to czas. Bez zbędnego bólu.

Ja się chyba strasznie zmieniłam. 

 

"I am outside
And I've been waiting for the sun
With my wide eyes
I've seen worlds that don't belong
My mouth is dry with words I cannot verbalize
Tell me why we live like this

Keep me safe inside
Your arms like towers
Tower over me

Yeah
Cause we are broken
What must we do to restore
Our innocence
And all the promise we adored
Give us life again cause we just wanna be whole"

                                                        Paramore, "We are broken"

 

 

Whatever.
2009-04-02 | 15:06:48
autor: ines007 | skomentuj (8)

Jakie to wszystko jest żałosne.

Śmiać mi się chce. Robiłam już wszystko. Płakałam, starałam się, walczyłam, martwiłam się, rozmyślałam, udawałam, że mnie to wszystko nic nie obchodzi, próbowałam rozmawiać, chciałam wybaczać, chciałam ich wszystkich pozabijać, chciałam mieć to szczerze w dupie, chciałam jakoś sobie poradzić. Męczyłam się, poszarpałam paznokcie, pogryzłam usta do krwi, powyłamywałam sobie palce. Daremne żale, próżny trud.

Teraz patrzę na to wszystko i chce mi się tylko śmiać. Z tego żałosnego świata, na którym nic nie jest dobrze urządzone, z nich, z siebie, z mojego uporu i z tego, jak Ktoś na górze może być aż tak złośliwy. Nie będę się już denerwować, za stara jestem na to i zbyt zmęczona.

Ja mam się martwić, że wszystko jest beznadziejne? A mój jest ten świat? Nie mój. Więc nie będę.

Nikt się ze mną nie liczy, więc ja przestałam liczyć się z kimkolwiek. O, ileż łatwiejsza jest teraz egzystencja. Nikt mnie nie obchodzi, z nikim nie muszę żyć w zgodzie, niczyjego zdania nie biorę sobie do serca. Za dużo przeszłam, za młoda jestem na to, żeby być tym, kim dzisiaj jestem. Daję z siebie 100%, więcej dać nie można. Nikomu nie jestem nic winna. W ostatnim tygodniu maja usiądę, wezmę gitarę i będę grać przez 4 miesiące.

Myślałam, że nie odpuszczę i że zrobię wszystko, żeby kogoś w te wakacje mieć, że znajdę osobę, z którą byłabym na zdjęciach, w łóżku i przy stole, że  przecież nie muszę za tego człowieka wychodzić, ale nie będę siedzieć sama, jak królewna w wieży. Otóż będę. Nigdy nie sądziłam, że zakończenie dwóch związków na przestrzeni sześciu miesięcy jest w stanie tak człowieka wyjałowić.

Nic mnie już nie śmieszy, nie smuci, nie denerwuje, nie relaksuje, nie bawi, nie irytuje, nie pasjonuje, nie nudzi. Wszystko jest jednakowo bezpłciowe, bez wyrazu, bez smaku, jak guma, którą przeżuwa się już siódmą godzinę. Ze wszystkiego mogłabym zrezygnować bez ukłucia żalu- co to właściwie jest, ten żal? Nie pamiętam. Ludzie przychodzą i odchodzą, przewijają się terminy, wydarzenia, miejsca, ja wciąż ta sama, ja zawsze obca. Dobrze mi z tym.

Dziwne uczucie- kiedy przychodzi taki moment, że człowiek wie, że teraz już naprawdę resztę życia spędzi sam. Dziwna swoboda. Dziwna obojętność. Ale jest lepiej, bo kiedyś bolało, a teraz nie boli. To nic, że nie cieszy, ważne, że nie boli.

 

Whatever.

 

„W czarnej asyście koronek
Pewnym krokiem ruszyła w jego stronę
Nad nimi chłodny wentylatora szmer
Na ustach szminka w kolorze bloody girl
W pokoju tylko ona i on
Zapach burbonu i nagły z nieba grom
Nawet przez chwilę nie zadrżała jej dłoń
Sześć milimetrów przeszyło jego skroń”

 

                                             The Cuts, "Pokój na jedną noc". 

 

 

 

Nie ma Ciebie, nie ma nas.
2009-03-20 | 18:22:39
autor: ines007 | skomentuj (34)

Nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Nie ma dla mnie miejsca. Boli mnie każda komórka ciała. Dlaczego, dlaczego tak jest? Dlaczego znowu jestem w tym samym martwym punkcie? Znowu tęsknię. Znowu nie ma na nadziei. Znowu próżnia, takie martwe wszystko wokół, takie obce... Nikt mnie nie rozumie. Nikomu nie mogę wszystkiego powiedzieć. Zwijam się w gorączce i śnię chore sny. 

Ja do nikogo nie pasuję. Nikt mnie nie pokocha, zawsze już będę tkwić w tej próżni. 

Czy to był taki wielki grzech, że chciałam być szczęśliwa? Chciałam oddać wszystko, nie chcąc za to niczego. Nic tak nie boli, jak odrzucenie. Nie wierzę już chyba w nic. Już nie wierzę.

Jeśli jest gdzieś jakiś Bóg i jakaś sprawiedliwość, to niech doceni moje czekanie, albo chociaż zabierze mi nadzieję.

Daj mi czas. Dam.  "Tylko dajcie mu czas, dajcie czasowi czas." 

 

I'm raw inside
And strangely lonely in this space
Empty bottles, dirty place
Still here... I miss you

And I am out again
To look for you among your friends
They glance my way, as if to say:
"You're still here..." I miss you

But I will never understand
The beauty of the greater plan
I've been searching, searching for a reason
Every day, everyday
That I miss you

I know it's time
That I am OK
But they can tell
I am bitting on my fingernails...
Still here... I miss you

Restless night
Remembering the things you said
I thank you for and won't forget
Still here... I miss you

But I will never understand
The beauty of the greater plan
I've been searching, searching for a reason
Every day, everyday
That I miss you...

(Natalia Lesz, "Miss You")

Fatum? Los zatacza okręgi o niewielkiej średnicy.
2009-03-17 | 18:48:44
autor: ines007 | skomentuj (1)

Nie wiem, co mam teraz powiedzieć.

Jest mi najzwyczajniej w świecie głupio, dziwnie i nieswojo. Nie wiem, jak mam opisać to, co się stało.

Boże, jaka ja jestem naiwna.

W piątek spotkałam się z Moim Drogim R.. Mój Drogi R. ma na imię Rafał i chyba teraz jest dobry moment, żebym to powiedziała. Nie ma czego ukrywać. Więc- spotkałam się z Rafałem. Było cudownie. Był tak samo boski jak w Internecie. W jego ramionach poczułam się wreszcie na tym świecie jak u siebie, a kiedy mnie pocałował, zobaczyłam za zamkniętymi powiekami białą mgłę i wirujące słońca. To było TO- szczęście, miłość, spokój. Wszystko, co straciłam i wszystko, co pojmowałam jako życie. Pokochałam go od samego początku, rozpływałam się, trzymając go za rękę i chciałam, żeby czas się zatrzymał, żeby pozwolił mi całować się z nim bez końca, żeby wskazówki zegarka były chociaż przez chwilę wyrozumiałe dla nas- zmarzniętych, ale szczęśliwych. W domu po raz pierwszy od pół roku zataczałam się ze szczęścia.

Mówił, że kocha. Całował, tulił, głaskał mnie zimną dłonią po policzku. Wydawał się szczery, patrzyłam mu głęboko w blade, wilcze oczy i nie widziałam w nich obłudy. Kocham go, chciałam go takim, jakim jest, w każdej sekundzie…  W sobotę pisał do mnie „Skarbie”.

A potem… potem nic. Zero. Próbowałam się z nim skontaktować, bez skutku.

Co się stało? Rozmyślił się? Kłamał na spotkaniu? Nie spodobałam mu się jednak? Zrobiłam coś złego? Stało się coś, o czym nie wiem? Ma jakieś swoje „schizy”? Dlaczego mówił, że jest już pewny, że chce ze mną być? To, że mówił mi to przez Internet, wylęgarnię fałszu i obłudy… akurat to jeszcze rozumiem. Ale dlaczego powtórzył mi to w piątek? Po co mnie całował? Było miło, OK, ale był wystarczająco przekonywujący i bez tego, mógł się nie poświęcać. I tak jestem wystarczająco naiwna, i tak mu wierzyłam. Po co stracił na mnie tyle czasu, przez miesiące znajomości? Czy aż tak dobrze się bawił, pogrywając mną? Nie byłam chyba aż tak ciekawym obiektem do emocjonalnych tortur, żeby „cieszyć się” mną aż kilka miesięcy. Czas jest cenny, czas ucieka, czasu nikt nam już nie zwróci. Chyba wiedział, że nic z tego nie będzie. Czy warto było więc przez kilka miesięcy tylko patrzeć, jak się ciskam? Dlaczego to wszystko robił, mógł sobie dać spokój ze zwyczajnej oszczędności.

Czy to jest zemsta? Za co?

 

Dlaczego jestem taka beznadziejna? Dlaczego nikt mnie nigdy nie pokocha? Dlaczego jestem tak naiwna? Dlaczego inni mają szczęście, a ja tylko wiecznie łzy? Czy mi naprawdę nie może się przydarzyć COKOLWIEK dobrego? Co ja takiego zrobiłam? Kogo skrzywdziłam? Za jakie grzechy to wszystko?  O co tutaj chodzi? Co mam w sobie zmienić? Czy to się kiedyś wreszcie odwróci? Czy kiedykolwiek spotkam kogoś, kto będzie w stanie mnie chociaż trochę pokochać?

 

KOCHAM. Znowu ktoś mi złamał serce. 

A jednak przyszedł nowy dzień.
2009-03-10 | 15:05:37
autor: ines007 | skomentuj (6)

Wszystko jest teraz inne. Budzę się rano i patrzę na świat oczami szeroko otwartymi miłością. Nie ma w nich łez, jest za to taki blask, którego już wiele miesięcy nie było. Czy jestem szczęśliwa? Tak, raczej tak. W porównaniu z tym, co było 1,5 miesiąca temu, jestem przeszczęśliwa. ;)

W moim życiu znów jest sens, znów jest Ktoś… Mój Drogi R. właśnie mija pierwsze kilometry drogi, która dla niego jest powrotem, a dla nas obojga jest początkiem. Zostawia za sobą Londyn, w którym chciał o mnie zapomnieć, kiedy pokłóciliśmy się parę miesięcy temu, w którym chciał na nowo odnaleźć siebie wtedy, kiedy mieliśmy już nigdy więcej nie porozmawiać. Stało się inaczej, porozmawialiśmy, zakochaliśmy się… teraz on wraca, żebyśmy mogli spróbować być razem. W piątek spojrzę w słodkie oczy Mojego R. i wszystko stanie się jasne. Boję się. Cieszę się. Tęsknię. Nie mogę się doczekać. Chcę to odwlec. Chcę to przyspieszyć. Chcę, żeby było dobrze, ale jak to zrobić? Mnóstwo emocji. Nie w naszych rękach to wszystko, a jednak ja czuję, że będzie dobrze, że tym razem nic nas już nie zatrzyma.

Nie wiem, co powiem A. … Na razie nie mogę powiedzieć mu nic, ale po piątku, kiedy już decyzja zapadnie nie tylko w głowie, ale i w sercu, będę musiała mu powiedzieć to, czego on tak bardzo nie chce usłyszeć. Czuję się winna, chociaż wiem, że nie mogłam przewidzieć, że sprawy przyjmą tak szalony obrót. Mimo to, nie chcę go zranić.

D. sprawia wrażenie, jakby wiedział, co się ze mną dzieje i był o to potwornie zazdrosny. Wydzwania, pisze, prosi o spotkanie, zagaduje, jest obrzydliwie miły i udaje, że nic się nie stało. Że mnie nie skrzywdził, że to nie on omal mnie nie zabił, że nie zrobił mi nic złego i że nie mam powodów, żeby odrzucać go tak, jak to robię. Wybacz, „Honey”, trzeba było pomyśleć o tym wcześniej, zanim wbiłeś mi nóż w plecy.

A moje drugie, zaraz po R., szczęście nowego życia to fakt, że znów jest- mój Przyjaciel, Mój Drogi K.  Kiedy D. odszedł, straciłam też jego i cierpiałam podwójnie. Teraz znów jest- miłość R. mnie uzdrowiła i dzięki niej potrafiłam na nowo uzdrowić relacje również z K... Teraz jego boski uśmiech i obłędny błękit jego oczu towarzyszy mi na co dzień i nie muszę już wtulać się w kołnierz swojego płaszcza, żeby poczuć zapach jego perfum, którym zawsze przesiąka moje ubranie, wiszące w szatni zaraz obok kurtki K. Odzyskałam Przyjaciela, a przyjaciel to ogromny skarb.

 

Mój Najdroższy R., już tylko 2 dni. Powiedz, że wszystko będzie dobrze.

 

 

Czy tak właśnie wygląda wychodzenie na prostą?  

 

 

 

O Peggy Brown, kto Ciebie ukochać będzie umiał?
2009-02-27 | 19:08:41
autor: ines007 | skomentuj (44)

 

Chciałabym czasem, żeby moje życie było proste. Na tyle proste, żebym mogła opisać je jednym słowem. Czasem próbuję, szukam w myślach tego jednego, jedynego słowa, próbuję je dopasować do sytuacji, wypełnić nim puste ramy, dodać mu skrzydła, aby poleciało. Niestety- to chyba nie jest możliwe... przynajmniej nie teraz. Ale jeśli miałabym podać jedno słowo, które najlepiej ze wszystkich możliwych określa mój stan, tym słowem byłoby: LEPIEJ.

Tak... chyba jest mi lepiej. Jeśli "lepiej" oznaczałoby, że nie płaczę już cały czas za D., że nie wstaję z łóżka z żalem i pytaniem "dlaczego ja nie umarłam w nocy?!" , nie zwijam się już cała z bólu na każde przypomnienie o nim, nie rozpaczam i nie chcę umrzeć w każdej minucie mojej egzystencji oraz że zdarza mi się czasem tak po prostu roześmiać, zażartować, spotkać się z kimś, wyjść do ludzi, porozmawiać, wyspać się spokojnie i nie dręczyć się cały czas, to... tak, jest mi lepiej.

Polepszyło mi się praktycznie z dnia na dzień, bo "przeszło" to jeszcze za duże słowo. Nie ukrywam, że wszystko to dzięki moim dwóm uroczym adoratorom, którzy własnymi rękami i słowami wyciągnęli mnie z tego dołka, współdziałając idealnie, chociaż nawet wzajemnie nie wiedzą o swoim istnieniu. Aczkolwiek cała ta sytuacja, jaka teraz zaistniała też jest ich dziełem, co prawda nie bez mojego entuzjastycznego, acz cichego przyzwolenia, ale zawsze…

Są tak różni, że mam wrażenie, że nie ma NIC na świecie, co by ich łączyło… oprócz mnie. A ja będę musiała wybrać. Kiedyś przyjdzie taki dzień, w którym będę musiała już do końca zapomnieć o D., nie odebrać telefonu, który i tak już teraz odbieram niechętnie, gdy on dzwoni. Tego dnia będę musiała spojrzeć w lustro i powiedzieć do tych czarnych jak studnie bez dna oczu, że to już koniec tego stanu, który moja przyjaciółka, Gabriela, nazywa „trisomią”. Że nie mogę już zajmować trzech facetów, bo ani D., który wciąż się nie zdecydował, żeby mnie zostawić w spokoju, ani R., którego uwielbiam, ani A., który uwielbia mnie, nie będą ze mną wtedy, gdy będą musieli tworzyć męski harem. Tego dnia skończy się czas, w którym hedonistycznie sycę się płynącym zewsząd uwielbieniem- ja, kobieta, która prawie umarła po tym, kiedy mężczyzna jej życia ją zostawił. Ja teraz trzymam wszystkie karty. Po 5 miesiącach od tego, jak moje serce nagle pękło na pół, zalewając duszę bezmiarem krwi gorzkiej od żalu, który tłumiłam miesiącami, patrzę na życie jak coś, co mieści się w moich ciepłych już dłoniach, co tętni mi w żyłach i wypełnia serce. Serce nowe, lepsze, teraz już na zawsze tylko moje.

D. był, jest i będzie mężczyzną mojego życia. Największą miłością, jaką przeżyłam i największym szczęściem, jakie mnie spotkało. Już nigdy nic podobnego się nie stanie, już nie zaznam tej miłości, którą można przeżyć i umrzeć- umrzeć bez żalu, spełnioną, złamaną po odejściu miłości, ale bogatszą o to, że zanurzyłam się kiedyś cała w rzece życia. Teraz będę żyła dalej- dla siebie, dla innych. Może też trochę dla D., który dobrze wie, że odchodząc ode mnie, stał się nikim dla całego świata, bo nikt go już nie kocha i nikt go już nie wspiera. Wiem, że kiedyś nadejdzie taki dzień, że jego orzechowe oczy popatrzą na mnie z błagalną miłością, że będzie chciał wrócić. Wątpię, żebym wtedy zgodziła się na to. Spaliłam się w nim już raz, nie mogę sobie chyba pozwolić na to, żeby umierać wciąż na nowo. Milion razy przez niego, dla niego, z jego powodu.

Jest słodki A., który był ze mną cały czas, od 20 września, kiedy pierwszy raz się zobaczyliśmy. Patrzył na moje złamane cierpieniem życie i na puste, martwe oczy, trzymał moje zimne dłonie i przez te 5 miesięcy usilnie próbował je rozgrzać. Był oddany, pomocny, wszystko rozumiał i niczemu się nie dziwił, nie narzucał się z czułością i pomocą, ale nigdy nie zostawiał mnie samej. Wiedział, że nigdy nie będzie w stanie być moim towarzyszem w bólu i że jego obecność w niczym mi nie ulży, nie pomoże, że nie jest w stanie sprawić, że zapomnę i nie może usunąć z mojej pamięci całej pięknej przeszłości. Nigdy nie próbował być dla mnie drugim D. i nie chciał wyważać zamkniętych bram fortecy mojego serca. Zawsze ujmował mnie swoją dobrocią i delikatnością, obejmował mnie jakbym była porcelanową lalką, którą może zgnieść każdy gwałtowny, nieprzemyślany ruch i nie zniechęcił się, mimo że stukrotnie mu odmawiałam. Niedawno znów byłam u niego i spędziłam miłe kilka godzin, chociaż wiedziałam, jak podłe i wredne z mojej strony było to, że leżałam w jego najczulszych ramionach z sercem ściśniętym, twardym i zimnym jak kamień. Nie mogłam tego zmienić, mimo że chciałam, naprawdę chciałam się w nim zakochać i próbowałam ze wszystkich sił to zrobić, ilekroć byłam obok niego. Pewnych rzeczy po prostu nie mogę w sobie przeforsować na siłę.

I jest wreszcie cudowny R., który wydaje mi się milion razy ulepszoną kopią D. . Ma wszystko to, co w D. kochałam, przy prawie całkowitym braku tego, czego nienawidziłam. Zapatrzony we mnie, zakochany, oddany i pełen nadziei, że nam się uda. Ja natomiast uwielbiam go aktualnie najbardziej ze wszystkich mężczyzn na tym świecie, chociaż wiem, że dwóm osobom o identycznych charakterach będzie strasznie trudno być razem, nie raniąc się i nie krzywdząc wzajemnie na każdym kroku. Nie wiem, co mnie w nim aż tak ujmuje i nie wiem, co będzie dalej. Poznałam go przez Internet, w tej sam dziwny sposób, w jaki poznałam A….. Nie widzieliśmy się jeszcze, przez nasze wybuchowe charaktery parę miesięcy temu pokłóciliśmy się i straciliśmy kontakt- R. wyjechał do Londynu, twierdząc, że nic go już tu nie trzyma. Kiedy odzyskaliśmy kontakt, on był już setki kilometrów stąd, a ja poczułam, że jeśli nie wróci, to moje życie nie ma tu sensu. Wróci, niedługo do mnie przyjedzie. Czekam, cieszę się, że go mam. Wsłuchuję się w jego cudowny głos, gdy rozmawiamy przez Skype’a i śmieję się z jego żartów. Nie wiem, czy chciałabym teraz odwrócić czas i wskrzesić miłość do D.- w tych okolicznościach jestem prawie szczęśliwa. Ciepło, które bije od R., nawet przez telefon jest teraz wszystkim, co napędza moją krew.

Ich jest trzech, ja jedna. Kogoś skrzywdzę. Kogoś wybiorę. Ktoś będzie płakał z radości, a ktoś inny ze szczęścia. Będą gorączkowo szukające się usta i splecione dłonie, a w tym samym czasie czyjeś podcięte skrzydła. Okrutny jest ten świat, ale to w nim właśnie żyjemy.

Co mam robić, kogo wybrać…?

 

 

 

 

Spadanie swobodne.
2009-02-03 | 22:00:44
autor: ines007 | skomentuj (36)
Czasem mam ochotę odejść gdzieś daleko. Wstać, ubrać się i iść przed siebie, gdzie mnie nogi poniosą, a wieczorem wykopać głęboki dół, klęknąć nad nim i krzyczeć. Krzyczeć tak, żeby nikt nie usłyszał, tylko ta ziemia, która nikomu nie powie. Wykrzyczeć swój ból i żal, wylać wszystkie łzy, które przełykam każdego dnia. Całą noc klęczeć na zimnej, zmarzniętej ziemi i wyć jak pies, jak pobity, chory pies, który umiera nie mając dokąd wrócić, bez domu, bez sił, żeby sobie pomóc, bez czyjegokolwiek zainteresowania.

Nawet to nie jest możliwe. Staczam się jak po równi pochyłej, która nie ma końca. A chciałabym bardzo, żeby to się wszystko skończyło. Żebym mogła wreszcie umrzeć i przestać w tym uczestniczyć. Żeby zimna, ciężka ziemia przyjęła mnie spokojnie i bez sprzeciwu, dała wreszcie ukojenie, na które widocznie nigdy nie zasłużyłam i schronienie, którego szukałam jak potępieniec całe swoje życie. Nie proszę nikogo o niebo, o raj, w który już nie wierzę. Marzę tylko o tym, żeby ciemność przygarnęła mnie do siebie jak matka, aby chociaż ona, u kresu mojej wędrówki nie odrzuciła mnie. Chcę stanąć na skarpie, odwrócić się do niej plecami i polecieć, zapaść się w ciepły niebyt, jeden jedyny raz rozłożyć ręce i spadać, pozwolić sobie na ten moment, gdy szczęście przyjdzie w uwolnieniu się od świata. I uśmiechnąć się po raz ostatni, zanim ta nicość oplecie mnie, zanim spadnę w nią jak w uległą, ciepłą od snu pościel, w wieczny spokój.

Nie pytaj, czy ktoś mnie skrzywdził. 

Tak, ktoś mnie skrzywdził jakiś czas temu, skrzywdził mnie tym, że nie miał odwagi mnie zabić, a miał odwagę zrobić mi wiele gorszych rzeczy i odejść. Ale to było już wieki temu, wylałam od tego czasu morze łez. To było wtedy, zanim jeszcze moje oczy stały się takie puste, zanim na twarzy wypisało mi się wszystko to, przez co przeszłam.

Tak, ktoś mnie skrzywdził wiele lat temu, gdy nie chciał, żebym przyszła na świat. Tak trudno mi to zrozumieć, wiesz? Tak strasznie trudno mi pojąć, co jest winien ten mały człowiek, przecież nie rodzi się z własnej woli. To ktoś powołał go do życia, bo gdyby mały człowiek wiedział, dokąd przyjdzie, na jakim świecie będzie żył, gdyby mógł wybrać, to pewnie nigdy w życiu by się na to nie zdecydował.

I... tak, skrzywdziłam siebie sama, żeby już nikt mnie znowu nie zranił. Zostałam sama w ciemnościach. I prędzej oślepnę tu, niż zobaczę światło. 

 

 

A na szyi pętla.
2009-01-16 | 23:37:33
autor: ines007 | skomentuj (34)

Niniejszym stwierdzam, że moje życie to zbiór pusty.

I nie jest to mój wymysł, ani hiperbolizacja, ani metafora. Jasna pochodnia prawdy, która w oczy kole.

Zastanawiam się czasem, czy gdybym nie musiała chodzić do szkoły… czy w ogóle rano wstawałabym z łóżka? Pewnie nie, w końcu po co miałabym wstawać? O ile jest możliwe, że uczyłabym się, nawet gdybym nie miała w tym roku matury i nie chodziła do szkoły, to w mojej obecnej sytuacji wstawanie z łóżka, aby iść dalej i żyć, byłoby niewykonalne. Teraz owszem, wstaję o 5 rano, uczę się, myję, czeszę i ubieram, wychodzę 0 6.50, o 7.15 jestem w szkole, o 7.30 zaczynam lekcje. Siedzę w szkole, piszę sprawdziany, robię notatki żeby nie zanudzić się na śmierć, patrzę w okno i zastanawiam się, czy nienawidzę tego miejsca. Nie, nie nienawidzę. Nawet je lubię, mimo, że spotkałam tam tylko jedną osobę, którą byłam w stanie polubić i zaprzyjaźnić się. Mimo że wcale nie czuję się tam chociażby odrobinę mniej obco niż wtedy, kiedy przyszłam tam pierwszego dnia, spojrzałam w oczy Przyjaciela, którego już straciłam i kiedy to dostrzegłam moją obecnie jedyną Przyjaciółkę. Nie czuję się tam wcale lepiej niż 3 lata temu, ale to jest jedyne miejsce, do którego chodzę po coś.

Wszystko inne jest po nic. Jest, bo jest, bo ktoś tak wymyślił i ja tego nie chcę, nie potrzebuję, ale to się dzieje gdzieś obok. Jem, kiedy mi się przypomni, śpię, kiedy już naprawdę nie mam siły ślęczeć dłużej nad książkami, odpowiadam, bo mnie pytają. Sama nigdy nie pytam, w końcu co mnie obchodzi czyjeś własne, prywatne życie? Uczę się, bo nie mam nic innego do roboty, słucham muzyki, bo nie mam ochoty słuchać swoich myśli. Tak to się kręci.

Kiedyś było inaczej. Kiedyś, w piątkowe wieczory do domu wracała młoda, wesoła dziewczyna. Mróz szczypał ją w twarz, wiatr rozwiewał włosy, ale nie chciała zakładać czapki ani kaptura, nie było jej zimno. Z białych drzew sypał się szron i skrzył się tak, jak w niej skrzyło się szczęście. Śmiała się i szła z wysoko podniesioną głową. Rzadko wracała sama, zwykle On szedł tuż obok, obejmował ją, opowiadał coś. Patrzyła w niego oczami, co jak gwiazdy lśniły.

Teraz zawsze jest sama. Krótką kurtkę zamieniła na czarny, „dorosły”  płaszcz. Przemyka się w cieniu, nie zobaczysz jej twarzy, nie zobaczysz oczu ukrytych za daszkiem kaszkietu, nie zobaczysz jej dłoni wciśniętych głęboko w kieszenie. Nie zobaczysz jej uśmiechu. Jak wróg, zbieg, jak banita.

Uciekam, chociaż nie ma dla mnie nigdzie miejsca. Wiecznie uciekam donikąd.

Życie jest podłe.

Zycie jest zimne i boli.

Zimne, lodowate jak moje dłonie i serce, jak moje wiecznie zmarznięte, zmęczone ciało.

Boli, tak jak mnie ból niszczy każdego dnia, gdy nie mogę odnaleźć chociażby jednego nerwu, jednej synapsy, która nie napieprzałaby zmiennym potencjałem elektrycznym i polaryzacją błony. Jak każdego dnia, gdy zmusza mnie to sięgnięcia po pudełko z napisem „ibuprom”.

A On zatruwa mi życie. Swoimi telefonami, na które zawsze czekam z przekonaniem, że już nigdy nie nastąpią, bo oto On skończył właśnie znajomość… Dzwoni po kilku dniach milczenia i opowiada mi o swoich problemach, które przy moich są żałośnie drobne, błahe. Które w zasadzie nie powinny być rozpatrywane w kategorii problemów, lecz tylko  zakłóceń, o wartości do tego stopnia małej , że praktycznie całkowicie pomijalnej. On sobie z takimi rzeczami nie radzi, ja nie chcę, nie mogę, nie powinnam mu już pomagać. Na mojej głowie jest teraz cała moja przyszła edukacja, moja ciężka choroba psychiczna, którą zaczynam coraz dotkliwiej odczuwać i w którą On właśnie mnie wpędził, moje zdrowie, a konkretnie jego brak. W moim pokoju przez większość nocy w tygodniu światło gaśnie zdecydowanie po godzinie drugiej. Szeleszczą kartki książek, kalkulator naukowy przetwarza tysiące liczb, piętrzą się stosy notatek, zmęczone oczy usilnie walczą z sennością. Drżą ręce, leje się kawa i tiger, a walka trwa codziennie do utraty sił- to się właśnie nazywa poczucie obowiązku, za siebie, za innych, to się też nazywa pokora. Nikt nigdy nie mówił, że w szkole będzie łatwo, że matura nie wymaga wysiłku. A człowiek, który z własnej winy w klasie maturalnej ma cztery zagrożenia i nawet nie zaczął się do niczego przygotowywać (ba, sam nie wie, co zdaje) ma czelność mówić mi, że ma ciężkie życie.

Boże, o jakich ja się głupotach rozpisuję…

Po prostu jest mi ciężko. Tak zwyczajnie, po ludzku ciężko. I jestem zmęczona tą chorą sytuacją, tą pętlą, która zaciska mi się na szyi. Nawet w piątek wieczorem, wiedząc, że następny dzień będzie spokojniejszy, nawet po spędzonym z przyjaciółką wieczorze, ja wracam do domu i jedyną moją myślą jest to, że jestem zmęczona.

 

 

 

Bad dream.
2009-01-02 | 11:59:56
autor: ines007 | skomentuj (32)

Czasem człowiek kładzie się wieczorem spać z nadzieją, że sen przyniesie mu ukojenie. Że przyśni mu się coś dobrego- chociaż zapomniał już, jak to jest, kiedy doświadcza się dobra, co to są właściwie te dobre rzeczy. Często ta osoba nie ma już wcale nadziei, że cokolwiek dobrego jeszcze ją spotka, w końcu żyje w takim stanie nie od dziś, zdążyła się przyzwyczaić, że wciąż ma pod górkę i wiatr w oczy i że jeśli spotka na swojej drodze jakiegoś człowieka, to na pewno nie może liczyć na pomocną dłoń, wręcz przeciwnie, trzeba rzucić wszystko i uciekać, żeby ta przypadkowo napotkana osoba nie narobiła nam w życiu jeszcze większych szkód, niż mamy.

A zamykałam przecież oczy właśnie z tą myślą: żeby wyśnić dziś cokolwiek dobrego. Błagając niebiosa o odrobinę złudzeń… tylko tyle, żebym mogła się chociaż raz uśmiechnąć. Jak zwykle nic nie dostałam. Budzik wyrwał mnie rano z okropnego koszmaru, po którym serce tłukło mi się w gardle jeszcze dobre pół godziny. Nie wierzę w senniki, generalnie nie jestem zbyt przesądna, ale sprawdziłam główne motywy tego snu, żeby spróbować chociaż zrozumieć, co mógł znaczyć. Nie dowiedziałam się, co prawda, niczego zaskakującego…. Wiem, że jest taka osoba, dla której jestem zbyt dobra, pomimo iż na to nie zasługuje (i jest to D., jak zwykle) . Wiem, że spotka mnie dużo fałszu i rozczarowania w miłości, wiem, że ktoś chce mnie wykorzystać, że problemy w rodzinie będą się tylko mnożyć, że sen odzwierciedla moją potrzebę czułości i wielką tęsknotę. Wiem. I co? I co, ja się pytam? Czuję się jak jakaś głupia marionetka w rękach fatum i myślę, że urodziłam się dobre kilka tysięcy lat za późno, bo w starożytnej Grecji moje życie mogłoby być świetnym tematem do napisania tragedii antycznej. Konflikt tragiczny i winę tragiczną oraz motyw fatum świetnie znam z autopsji i mam to opracowane do perfekcji. A Komuś, kto całym tym światem zarządza, chyba brakuje już pomysłów, jak jeszcze mógłby mi dokuczyć i zaczyna straszyć mnie snami. Tak, świetne, bardzo ambitne… ;-/

Ludzie tego nie rozumieją. Nie rozumieją, że czuję się tutaj, w tym życiu, tak strasznie nie na miejscu. Że teraz jestem sama, a kiedyś miałam szansę, żeby temu zapobiec, żeby nie budować sobie świata, w którym będę tylko ja i cisza, w którym nigdy nie pojawi się coś takiego jak „moja własna rodzina”. Ze żałuję, że kiedyś chciałam żyć tak „po bożemu”, najpierw studia, potem ślub, praca, dziecko. Powinnam była wtedy się nie bać i zgodzić się na to, czego D. tak chciał- wziąć ślub, mieć dziecko, nie wmawiać sobie, że jesteśmy za młodzi, że na wszystko jeszcze przyjdzie czas. Mogłam przewidzieć, że czas nie przyjdzie, bo on już BYŁ, był wtedy. Że właśnie dlatego, że na wszystko jest czas, powinnam się wtedy zdecydować, bo drugiej okazji nie będzie. A ja chciałam, żeby było tak spokojnie, żeby wszystko było poukładane, porządne. „W innej kolejności niż wszyscy” to nie znaczy „źle”, to znaczy tylko „inaczej”.

 

Budzi mnie milczący, pusty dom, codziennie.  
Oddalam się od życia jasnych stron, niezmiennie.
Moja twarz, tak inna niż ja sam,
Co wieczór „Ojcze Nasz”
A wciąż to samo mam…


Dlatego boję się
Następnych długich dni, codziennie.
Bo każdy dzień odbiera wiarę mi, niezmiennie.
Moja twarz, tak inna niż ją znam,
Co wieczór „Ojcze Nasz”
A wciąż to samo mam…

Dlaczego ja?
Co robię źle?
Dlaczego cały świat
Rani mnie?
Dlaczego ja?
W czym robię błąd?
Ja nie jestem chyba stąd…

Boli mnie, gdy patrzę na to tak, codziennie.
Bo widzę, że w mym sercu kogoś brak, niezmiennie.
Moja twarz, tak inna niż ją znam…
Co wieczór „Ojcze Nasz”
A wciąż to samo mam…!

Dlaczego ja?
Co robię źle?
Dlaczego cały świat
Rani mnie?
Dlaczego ja?
W czym robię błąd?
Ja nie jestem chyba stąd…

 

 

Szpital dla psychicznie i nerwowo chorych.
2008-12-29 | 20:02:12
autor: ines007 | skomentuj (28)

Święta. Czasem mam wrażenie że wszystkie zlewają się w jedną całość, bezkształtne syncytium jedzenia, spania, niepotrzebnych prezentów i rozleniwiania się, które przynosi potem smutne poczucie zagubienia, gdy trzeba wrócić do szkoły i pracy. I nigdy nie jest tak, jakbyśmy chcieli, chociaż mądrzy psychologowie i naukowcy piszą w Internecie, że to wszystko przez to, że za dużo się po owych świętach spodziewamy. Cóż, chciałabym ich zobaczyć, jak w wigilię niby to na siebie nie wrzeszczą, nie wściekają się, pakując prezenty w kiczowaty, kolorowy papier i nie uśmiechają się fałszywie z domieszką pogardy, gdy dostają jakiś idiotyczny prezent, lub gdy muszą uprzejmie kiwać głową, gdy ktoś głosi przy świątecznym stole obrzydliwe herezje.

A ja? Niemożliwie zblazowana, znudzona i w zaskakująco dziwny sposób rozczarowana. W to, że nie ma czegoś takiego jak „magia świąt” nie wierzę już dobrych parę lat. Ale rok lub dwa lata temu chyba byłam notorycznie odurzona wdychaniem zarodników grzyba w szkole, bo czekałam na święta jak na cud, słuchałam jak opętana świątecznych piosenek typu „Last Christmas” i sprzątałam dom z takim zapałem, jakbym miała postawić sobie w pokoju drugą statuę wolności. W tym roku wyrzucając bez większych emocji wszystko, co jest chociaż odrobinę niepotrzebne i słuchając tych samych piosenek, pomyślałam, że chyba połowa mojego mózgu nie pracowała, jeśli podobało mi się to wycie i widziałam magię w czasie dokonywania przez ogół społeczeństwa bachaliów konsumpcjonizmu. Może rzeczywiście w tamtych dniach była jakaś magia- z D. wszystko było magiczne. A ja byłam ślepa, głucha i głupia. I szczęśliwa. God damn it.

„To był sen na jawie, gdy marzenia się spełniały,

wszystko takie realne, chwile szybko tak mijały,

tylko my- zamknięci w czterech ścianach,a tak wolni,

ważne: ty byłaś obok, a ja czułem się spokojny

Bo problem jest tu. Nie we łzach. Nie w poczuciu niesprawiedliwości. Nie we mnie samej. Nie w samotności i nie w tym, że muszę radzić sobie z całym tym gównem, jakie mnie otacza. Problem jest w tym, że nie wiem, na czym stoję. Że kiedy On był, wtedy wiedziałam, że jestem szczęśliwa, że moje życie jest spełnione, nawet jeśli świat zawali nam się na głowę, jeśli stracę wszystko, bo wszystko bez Niego, to jest nic. A teraz… On sam nie wie, czy w sumie chce do mnie wrócić, czy nie. A mnie już coraz bardziej wszystko jedno, ja już nigdy nie będę sobą.

Znów musiałam poczuć, jak to jest, kiedy trzeba sobie samotnie radzić w tej dżungli, zwanej światem, budzić się samotnie i samotnie spać, gdy w uszach dzwoni cisza, cisza wwierca się w duszę, krąży w żyłach, jest w każdej komórce ciała, widzę ją w swoich oczach, gdy spoglądam w lustro, słyszę ją we własnym głosie, szeleści mi we włosach, odbija się w lakierze na paznokciach i w słowach, które wychodzą spod moich palców. Ja jestem ciszą, ciszą po burzy, ciszą w której słychać jeszcze rozpacz, ból, samotność i wielkie pragnienie, żeby wszystko, co znam, rozpłynęło się tak samo nagle, jak się zawaliło, wraz ze mną i moimi wyjącymi z bólu słowami, które są bardziej mną, niż ja sama.

Pamiętam jeszcze, jak ktoś mi mówił, jak bardzo zmieniłam się przez jeden tydzień. Że nagle zaczęłam się uśmiechać,  przestałam się wszystkim przejmować, że już nic mnie nie obchodzi ludzka zawiść i ten podły, brudny świat. A ja się chyba naprawdę do wszystkich uśmiechałam, skoro pamiętam, że wszyscy uśmiechali się do mnie. I nie wiem, jaką byłam wtedy osobą, nie wierzę, że to byłam naprawdę ja. Że wystarczyło raz jeden odpowiedzieć „kocham” na ciągnące się od miesięcy pytania D., żeby świat stanął na głowie i żeby wreszcie poczuć, że żyję.

Teraz też nic mnie nie obchodzi, ale już nie z miłości i szczęścia. Już zobojętniałam na to, co się w tym dziwnym stanie, zwanym życiem, wyprawia. I wiem, że tej osobie, która kiedyś mówiła mi, że po człowieku widać szczęście, teraz też już nie jest łatwo ze mną wytrzymać. Ludzie już się nie uśmiechają, tylko patrzą się na mnie tak samo jak ja na nich- bez odrobiny sympatii, łypią wilkiem albo dziwią się. Nic. Nic mnie nie obchodzi wasze zdziwienie. Nic.

Ludzie pchają się tu. Przyjaciele albo mniej lub bardziej bliscy znajomi. Po kolei, jak leci, chcą wejść tu, czytać te zdania, który dostały życie od moich rąk i które są wyrwane z mojej głowy. Nie chcę, żeby tu był ktokolwiek, kto mnie zna, obcy umieją spojrzeć na to z dystansem, nie patrzą w moje oczy przepłakane i niewyspane, tylko wprost do moich myśli. A znajomi garną się do tych delirycznych rozważań jak muchy do miodu. Naprawdę chcesz wiedzieć, co mam w głowie, Znajomy Człowieku? Chcesz poznać z chirurgiczną dokładnością wszystkie stadia obumierania ludzkiej nadziei, wszystkie tkanki cierpienia, którego nie zrozumiesz (niech Ci dobry Bóg da, żebyś nigdy tego bólu nie rozumiał)? To nie jest zoo, Znajomy Człowieku, i to nie jest wytrzeźwiałka. To jest jak stół w prosektorium, na którym leżę ja, a Ty we mnie grzebiesz, wiedząc, że nie mam wpływu na to, co mi robisz i co sądzisz o tym, co jest gdzieś we mnie. Mnie w sumie nie obchodzi, co pomyślisz, obchodzi mnie to, że zwariuję i umrę, kiedy przestanę pisać, dlatego nie przestanę. Ten blog to nie jest rozrywka dla kogokolwiek, nie jest pisany dla konkretnych ludzi. To jest mój własny, prywatny, szpital dla psychicznie i nerwowo chorych.

 

 

Smutny spokój, że wszystko skończone...
2008-12-21 | 00:12:21
autor: ines007 | skomentuj (29)

Z jakichś bliżej nieznanych przyczyn nie chce mi się tu pisać. Codziennie obiecuję sobie, że napiszę, ale codziennie mam mnóstwo ważniejszych spraw. I czasem myślę, że założę nowego bloga i zacznę wszystko od nowa. O, słodka naiwności. Gdyby się dało zacząć od nowa całe życie, to pewnie trzeba by się jeszcze raz urodzić. A jeśli byłby wybór, czy chcę się na nowo urodzić, to oczywiście moja odpowiedź brzmi NIE CHCĘ z silnym naciskiem na "nie". Więc jestem znowu tutaj, obiecując sobie, że będę pisać częściej i w ogóle przestanę myśleć o zaczynaniu czegokolwiek szukania atomu zabłąkanego w próżni.

Przez ponad miesiąc, który upłynął od mojej ostatniej notki, wiele się nie zmieniło. Czym ja tu mogę kogokolwiek uraczyć? Wiadomościami z mojego nędznego bytu na tym łez padole? Ale jakimi? Że albo się uczę, albo śpię? Że chyba zwariowałam już do reszty? Że już nawet to spanie mnie nie bawi? A nie bawi mnie już naprawdę. Zasypiam w piątek po południu w nadziei, że odeśpię wszelkie negatywne wrażenia i emocje, że zapomnę. Kiedyś budziłam się wieczorem, żeby się przebrać, zjeść coś, umyć się i spać dalej. A teraz zdarza mi się budzić się dopiero nad ranem, bladym świtem. Usiąść wtedy na łóżku i płakać. Bo dalej jestem smutna i zła. Bo mi nie przeszło. Bo wszystko jest do kitu. I zasnąć znowu, śnić chore sny, w których wychodzę za mąż 2 razy jednej nocy, a żadna ceremonia nie kończy się wymianą obrączek, pan młody mi gdzieś ginie, albo zapodziewam się gdzieś ja sama, do ślubu idę w niebieskich szpilkach i mam we włosach niebieskie kwiaty.

Losu igrzysko. Kiedyś naprawdę chciałam mieć mężczyznę, ale byłam sama. Teraz, kiedy już nikogo innego nie chcę, tylko D., akurat zaroiło się wokół mnie od tak zwanych „absztyfikantów”. Co z tego, że każda kobieta by na to poleciała? Mnie to nie kręci. Co z tego, że dwóch w ścisłej czołówce mojego rankingu sto razy przewyższa pod względem walorów intelektualnych D.? Nie potrzebuję. Jeden jest pieprznięty w sam mózg i silnie odjechany, a drugi tak nudny, że ziewam już gdy zobaczę go z daleka. I co z tego, że obaj zakochani i z sercem na dłoni. Co z tego. Ja się wciąż modlę i nie przestanę. W końcu: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje, a kto szuka, znajduje, a kto kołacze, temu otworzą. Gdzież jest taki ojciec pośród was, który, gdy syn będzie go prosił o chleb, da mu kamień? Albo gdy będzie go prosił o rybę, da mu zamiast ryby węża? Albo gdy będzie go prosił o jajo, da mu skorpiona?”. Przecież każde drzwi otworzą się przede mną, kiedy przyjdzie odpowiednia pora, a ja muszę czuwać.

Puste łóżko doprowadza mnie do szału. Leżę w nim, zimnym, pustym i za dużym. Grzeję zimną pościel zimnym ciałem. Drżę i zagryzam zimne usta do zimnej, bladej krwi. A na ścianie tańczą cienie jeszcze bledsze niż ja sama.

Gdzież me piersi, Czerwcami gorące?
Czemuż nie ma ust moich na łące?
Rwać mi kwiaty rękami obiema!
Czemuż rąk mych tam na kwiatach nie ma?

Wczoraj siedziałam przy jednym stole z ludźmi, z którymi od prawie trzech lat przebywam niemal codziennie. Na klasowej wigilii, już ostatniej, składaliśmy sobie życzenia. I wszyscy, oprócz jednej osoby, mojej przyjaciółki, Gabi, byli mi obcy. Fałszywe życzenia, spojrzenia, uściski. Nie chciałam tam być, wśród tych ludzi, którzy byli mi obcy na każdym miejscu i o każdej porze. Wśród fałszu i ułudy- jedna chwila z Moim Drogim W.. Tak wiele słów uwięzło w gardle. Już za późno, Słodki W., już za późno… I jedna chwila z Przyjacielem. Z Kamilem, który okazał się tak głęboko złym człowiekiem po tym wszystkim. Który wziął stronę D. i razem z nim, we dwóch mnie zostawili. A mnie ich obu tak bardzo brak… Przyjaciel życzył mi, żeby mi się już ułożyło życie uczuciowe. Bolało. Raz spojrzałam w te błękitne oczy, w których dwa lata temu chciałam utonąć cała, jeden tylko raz. Którego kochałam, jak najdroższego przyjaciela, jak syna, jak brata i kochanka. Z którym tyle letnich nocy przesiedziałam, nocy spędzonych na rozmowie przez Internet. Którego zawsze traktowałam ulgowo, z przymrużeniem oka patrzyłam na jego wybryki, nie krytykowałam jego błędów, z których zwierzał mi się z rozbrajającą ufnością, pochlebiającą mi jak niewiele rzeczy na świecie. Wspierałam, kiedy jak mały chłopiec uciekał od problemów, od dziewczyn, które chciały tonąć w przecudnym lazurze jego oczu przez resztę życia, nie pytając go o zdanie. Uwielbiałam coś, co było w nim i miałam w albumie dwa jego zdjęcia, w które patrzyłam zawsze z uśmiechem. Kamil nie jest już moim przyjacielem, a ja tęsknię za nim każdego dnia, kiedy patrzy na mnie smutnymi błękitnymi oczami z pytaniem, na które nigdy nie będzie odpowiedzi. Na wigilii chciał dobrze, wiem. Serce mi pękało, znów był, znów pachniał tak cudnie, trzy razy całował mnie w policzek, drapał tak słodko nieogoloną twarzą, miał ciepłe dłonie. Chciałam powiedzieć „zapomnijmy, że to D. nas poróżnił, wróćmy do tego, co było”. Nie mogłam. Po raz drugi słowa boleśnie uwięzły w gardle. Jednak klasa, dwóch mężczyzn, jedna ja, jedna miłość stracona poza tą klasą, do D… A Kamil i W., we dwóch jak dwa wyrzuty sumienia. Rozdarta.

Siedząc tam wczoraj, jak śmierć przyszła myśl, że dwa lata temu, w pierwszej klasie, nigdy bym nie przewidziała tego, że tak nisko upadnę. Że tak źle skończę. Że będę sama. Sama, wśród obcych, z wyrwanym i zdeptanym sercem. Że z własnej woli odrzucę praktycznie wszystkich, których dawniej nazywałam przyjaciółmi, bo nie będę w stanie wytrzymać tych nagle rozpoczętych intryg. Że będę chciała tylko odejść od tego życia, tego świata i tych ludzi, wśród których nie ma już tego, kto był dla mnie wszystkim. Teraz już dążę tylko do autodestrukcji, nie ma miłości, nie ma mnie. Nie ma.

Teraz pozostaje mi tylko odciąć się od wszystkiego. Zmieniłam numer gg, adresy mailowe. Nawet konto na allegro. Po świętach zmienię numer telefonu. Wiem, że nie będzie mnie szukał. Że nawet nie zadzwoni w wigilię. Zresztą, czego mógłby mi życzyć? Chyba tylko rychłej śmierci, po której owinąłby moją trumnę łańcuchem, żebym przypadkiem nie wyszła… Wiem, ile ironii jest w tym, co piszę. Ale to niestety gorzka prawda. A kiedy już zmienię wszystko i kiedy dla tych, którzy ode mnie odeszli i od których odchodzę ja, nie będzie kontaktu ze mną, będę miała przynajmniej smutny spokój, że wszystko skończone.

 

 

 

Too much love will kill you.
2008-11-08 | 22:07:09
autor: ines007 | skomentuj (11)
Tamten szablon naprawdę bardzo mi się nie podobał. Nawet bardziej niż moje życie, więc nie mogłam już na niego patrzeć... musiałam go po prostu zmienić. Wystarczająco dużo rzeczy we mnie i wokół mnie jest potwornie szpetne i nie do wytrzymania, nie ma sensu chyba umartwiać się jeszcze bardziej, rzucać sobie kłód pod nogi, przecież to tylko szablon. Mało jest ostatnio moich słów i burdel mam w głowie jak w damskiej torebce, niech chociaż to, co piszę, wygląda znośnie.

Nie mogę tak żyć, być człowiekiem, który nie je, nie śpi, ledwo oddycha, robi wszystko najlepiej i najsumienniej, uczy się ponad siły i próbuje w tym wszystkim zgubić nieznośne ciało i duszę, które go uwierają jak niewygodne buty, raniące stopy do krwi. 

Patrząc na siebie teraz, na to, jakim jestem człowiekiem, myślę, że gdybym miała ocenić się tak obiektywnie jak obcą osobę, to na pewno nie powiedziałabym, że wszystko jest ze mną w porządku. Chyba wariuję i wcale teraz nie przesadzam, ba, chciałabym móc przesadzić... Widzę w lustrze bardzo ładną dziewczynę. Dziewczynę, która wiele by mogła mieć... ale nie ma. Dlaczego? Dlaczego...? Dawno temu była śliczną księżniczką, której oczy lśniły, która była spokojna i uśmiechnięta, do której uśmiechały się wszystkie gwiazdy na niebie. Potem w tych oczach było cierpienie, ale też wielka miłość. A potem... potem było już wielkie nic, ogromna przepaść, przeraźliwa pustka, próżnia wypełniona do granic wyjącym bólem. I ona tym bólu skonała białą śmiercią. 

"Kiedyś byłam różą dla Twojego serca,

Kiedyś byłam różą Twoją...

Cierniem jestem dziś, gdy się przyglądasz mi...

Nie kobietą...

Bóg mi daje, Bóg odbiera.

Kiedyś byłam różą, lecz nie jestem teraz..."

Zastanawiam się czasem... jak to jest? Jak to jest, że znam, nawet z widzenia, tyle par, które są ze sobą latami, wcale nie są starsi ode mnie, a jednak wiedzą, że się kochają i chcą ze sobą być, nie mają jakichś dziwnych ciągot, nie szukają wciąż siebie, nie robią scen. Przez dwa lata chodziłam do liceum z parą ludzi, którzy byli obrazem niewiarygodnej miłości i przywiązania. Ona: mała, chuda, blada- nigdy w życiu bym jej nie zauważyła, nie rozpoznawała, gdyby nie była wiecznie z nim. On: wysoki, szczupły, nieprzystojny, niepozorny. Żadne z nich nie było osobą ani specjalnie ładną, ani inną niż wszyscy... a jednak oboje tworzyli obraz niewiarygodny. On na przerwie nigdy nie stał z kolegami, nigdy się nie uczył, z nikim nie rozmawiał, zawsze obejmował ją, całował ją, nosił za nią plecak, patrzył w jej oczy z uwielbieniem nie z tego świata. Ona też zawsze była tylko z nim, a bez niego jak bez ręki. Myślę, że tak naprawdę żadne z nich nie miało własnych, oddzielnych znajomych, że nie było innych ludzi wokół tej relacji. Ale nigdy nie mogłam spojrzeć na nich bez podziwu i zazdrości dla tej siły, która od nich biła, jak ciepło bije od wielkiego ognia. Pamiętam, jak dzień przed feriami świątecznymi, kiedy każda klasa w szkole miała klasową wigilię, on niósł ją na rękach po korytarzu. Wszyscy na nich patrzyli, odwróciły się za nimi dziesiątki głów, patrzyły na nich setki głodnych uczuć oczu. A dla nich nie istniało nic, oprócz siebie- nie obejrzała się na nas ani ona, ani on. Poniósł swoją królową, ona była z nim, a reszta świata się nie liczyła. Zastanawiałam się, czy to przetrwa, kiedy skończą szkołę, czy się nie rozejdą w tym trudnym czasie nerwów i stresu, matury, kuriozalnie długich wakacji, początku studiów. Są rok starsi ode mnie, w kwietniu widziałam ich ostatni raz... tak myślałam. A kilka dni temu zobaczyłam ich znowu, przyszli do szkoły odwiedzić stare kąty, porozmawiać z nauczycielami, pochwalić się swoją nową drogą. I w dalszym ciągu nie było nic piękniejszego niż to, co jest między nimi- że nawet, gdy z kimś rozmawiali, to tak naprawdę liczyło się dla nich tylko to, że trzymają się za ręce, są ze sobą i są jednością. Wiem, że taka miłość może zdarzyć się raz na milion lat, że ja pewnie nigdy czegoś takiego nie doświadczę. A serce rośnie i pęka. Dlaczego ta Niewidzialna Dłoń tak nierówno podzieliła szczęście?

To, co się teraz ze mną dzieje... to jest inna bajka. Pamiętam, że kiedyś, kiedy źle się działo, naprawdę cierpiałam. Ale to był inny ból. Rzucałam się całymi nocami po łóżku w mokrej pościeli, gryzłam ręce do krwi, żeby nie wyć i nie jęczeć, byłam rozedrgana jak liść na wietrze i miałam oczy szaleńca. I to było straszne, że mi to robił, że musiałam wtedy tak cierpieć, ale... ale to było nic.  Spójrz teraz w moje puste, wrzeszczące bólem oczy i nie spuszczaj wzroku. Wytrzymaj 10 sekund, a potem dopiero mów, że wszystko da się wytrzymać, że przesadzam. Miej odwagę stanąć ze mną twarzą w twarz i popatrzeć na to- nie każę Ci przecież tego dotykać. Popatrz i wytrzymaj to.

Moje życie to jest teraz jakaś abstrakcja. Tylko smutek, stres, zapłakane oczy, książki, książki, książki. Wszystko się... pieprzy. Po prostu. A ja wracam do domu w piątek, rzucam się bez życia na łóżko i śpię- próbuję  odespać to wszystko, we śnie przeżyć swoje nowe, lepsze życie, zobaczyć siebie szczęśliwą, zobaczyć swoją rodzinę... wszystko to, czego nie będę miała. Próbuję wmówić sobie, że mi to nie jest potrzebne. O, słodka naiwności. 

Czasem dzwoni D. i budzi mnie ze snu. I widzę że się boi tego, co mi zrobił. Nie dzwoń, jeśli nie masz zamiaru obudzić mnie z koszmaru mojego obecnego życia. I miej odwagę spojrzeć na śmierć, którą mi zadałeś. 

 

 

Sama.
2008-10-28 | 12:36:04
autor: ines007 | skomentuj (6)

Znowu przepłakana noc. Znowu wszechobecny ból ciała i ducha.

Ile to już? 3 miesiące? 3 miesiące. 

A w złudnej praktyce miesiąc i trochę. 

Już było lepiej. Już mniej płakałam. I już trochę mocniej w to wszystko wierzyłam. Ale rozumiem, przed śmiercią zawsze się robi lepiej.

Wizja całego życia w samotności- zły sen, który powoli zaczynam już akceptować jako swoją codzienność. Tak ma być.

Wiem, że kogo Pan Bóg kocha, temu daje krzyż. Panie, czemu aż tak mocno mnie kochasz? Ty też upadałeś pod ciężarem swojego krzyża. A ja tak bardzo chciałam iść za Tobą- zaparłam się siebie, chcę wziąć krzyż i pójść Twoim śladem. Leżę na kamienistej drodze, nie mogę go unieść. Krew zalewa mi oczy, nie chcę umrzeć tu sama...  Wszechmogący Panie, zważ, proszę, na to, że Tobie pomógł Szymon z Cyreny, a ja swój krzyż na Golgotę muszę donieść sama. 

Sama, wszystko już sama. 

Nigdy się nie zmienię. Nigdy. "W sercu Cię kołyszę". Do końca moich dni. 

 

 

Teraz już tylko "zamiast".
2008-10-25 | 19:33:12
autor: ines007 | skomentuj (29)

Mój Drogi W.,

wybacz mi ten list po tak długim milczeniu. Nie, to nie jest tak jak myślisz. Wiem, jak to wszystko z zewnątrz wygląda, a właściwie jak nie wygląda... i jak bardzo dziwne są te moje listy do Ciebie. Te, których nigdy nie przeczytasz. 

Próbowałam pisać do ludzi, nie mogłam. Do siebie też nie mogłam, może nie chciałam, a wszystkie słowa zawisły w próżni. Wiem, że to nic nie daje, jeśli zacinam się w milczeniu, nie pokazuję, co czuję, robię dobrą minę do złej gry i udaję, że to dobrze, że wiem jak żyć w tym świecie, którego nienawidzę. Nigdy się nawet nie przyjaźniliśmy, chociaż starałam się jak mogłam, Ty chyba też... wtedy, kiedy mieliśmy szansę, zabrakło nam czasu. Skończyła się szkoła, pojechałeś do domu, w moim życiu pojawił się On, zakochałam się... Boże, tyle powinniśmy sobie powiedzieć, ale nigdy nie powiedzieliśmy. Dopiero teraz piszę tak naprawdę, bo już dłużej nie mogę z tym żyć. Wciąż pamiętam jeszcze jak bardzo pękało mi serce, kiedy szłam do domu w ostatni dzień przed feriami zimowymi... to już prawie dwa lata. Czas ucieka nam przez palce .Tęskniłam, chociaż nigdy nie wiedziałam za czym, przecież ja Cię nie znam, ja sobie Ciebie wymyśliłam. Może pomyślisz, że wracam do Ciebie zawsze, kiedy nie wychodzi mi z Damianem, że Ty jesteś zamiast. Może to prawda, ale co w tym złego? Co byłoby złego w tym, gdyby ten jeden, jedyny raz nam wyszło? Żebym wreszcie miała to, czego od dwóch lat gorąco pragnę? Gdybyś zechciał tak, jak nie chcesz? 

Wiesz... ja już zrozumiałam, że zawsze będę sama, że nie założę rodziny, że nikt mnie już nie pokocha, że będę musiała żyć i umierać samotnie. I to jest ironia losu, bo niczego bardziej nie pragnę niż wyjść za mąż i żyć w szczęśliwym domu pełnym miłości. Nie jeden raz buntowałam się, wielokrotnie dygotałam z żalu przed ołtarzem, pytałam, czemu tak musi być. Ale nie można inaczej, może zrobię w życiu coś dobrego, nie mogę się teraz zatrzymać. Ja już przeżyłam miłość swojego życia, spotkałam Tego Jedynego, miałam 2 piękne lata jak dar od losu- i to koniec. Kochałam, a to najważniejsze. Do końca życia będę Go kochać, tęsknić, wspominać. Ale skoro przeżyłam już tą największą miłość... może Ty mógłbyś zostać moją największą namiętnością?

Po prostu nie chcę tak żyć. Nie mogę. Odrzucam pojawiających się na pęczki adoratorów... zabawne, całe życie każdy facet na horyzoncie był jak śnieg w lipcu, a teraz, kiedy już nikogo nie chcę kochać, nie mogę się od mężczyzn opędzić. Nie chcę żadnego z nich.

Raz jeden byliśmy sami. Nocą, na tamtym balkonie. Raz byliśmy tak blisko, raz serce mi się tak tłukło. Było ciemno i zimno, a myśmy nie chcieli wracać. Może wtedy to było inne. "Czarodziejka gorzałka tańczyła w nas", może bez niej tamtej sceny by nie było. Ale ona była, a ja wciąż to pamiętam. 

Tylko do Ciebie poszłabym wieczorem  przez te dwa osiedla. Przez właśnie te, a one jako jedyne nie zostały spłakane moimi łzami, które wywoływało cierpienie zadawane przez Niego. Do Ciebie bym poszła. Zastanów się, czasu mamy mało. 

Bo kto pasuje tak jak Ty do moich bladych ust?

 

 

Wśród największego cierpienia ma się tę rozkosz, że się jest zdolnym do niego.
2008-09-24 | 20:00:34
autor: ines007 | skomentuj (9)

Zmieniłam szablon. Nie bardzo mi się podoba, ale taki właśnie miał być- ciemny i brzydki jak moje życie, które swoją drogą też mi się nie bardzo podoba. Nawet wcale.

Trochę rzeczy się zmienia, chociaż ja wcale nie chcę umrzeć mniej, niż kiedyś. Spotkanie z Arkiem, poznanym przez Internet, dało mi nowe spojrzenie na sytuację i trochę do myślenia. Że to źle, że mi się ani trochę nie podobają mili, spokojni, dobrzy i kulturalni mężczyźni, właśnie tacy jak Arek, tylko zimne skurwysyny. Że oni nigdy nic miłego nie powiedzą, nie pomogą, nie zaopiekują się, nie umieją kochać i troszczyć się o nikogo, tylko by krzywdzili, mącili, niszczyli życie. Ale nie wiem, czy ja jestem w stanie cokolwiek z tym zrobić- pewne rzeczy nam się podobają po prostu od zawsze, są takie "nasze", takie bliskie, tak nam łatwo zawracają w głowie. Teraz zostałam w zupełnej niepewności jutra i z modlitwą na ustach, żeby on do mnie wrócił, ale nowy, inny, odmieniony, lepszy, doroślejszy. Żebym wytrzymała, bo ja czekam jak Penelopa, tylko nie umiem być samotna. I dlatego tak garnę się do Arka, dlatego szukam u niego ciepła. I ciepło znajduję. A mimo to nie wiem, na ile jestem wobec niego w porządku, czy jestem w ogóle… On niewiele wie, pojawił się w moim życiu tak niedawno, tak z nienacka i tak zupełnie inaczej miała wyglądać ta znajomość. Polubiliśmy się. On ma oczy zamglone zachwytem, zimne dłonie zaciśnięte na mojej dłoni, on nade mną nosi parasol i na komodzie stoją kwiaty od niego. Ale on nie ma w oczach szaleństwa, a ja mam tylko ból. Chcę się z nim spotykać, bo łudzę się, że on mi pomoże, że na chwilę zapomnę o tym wszystkim.

Jestem chora na jakieś obrzydliwe przeziębienie i nie leczę się wcale- jak ma mi przejść, to przejdzie, a jak nie, to umrę. Dopiero teraz widzę, jakie życie jest proste, albo czarne, albo białe. Jak wszystkie wybory są te telomy z podręcznika do biologii- rozgałęzione dychotomicznie. Albo w prawo, albo w lewo. Innej drogi nie ma. I dopiero teraz, w gorączce choroby widzę, że ona przyszła w porę, że idealnie pasuje do mojego stanu ducha. Że całe moje życie jest chorobą. Wszędzie ten sam ból.

A ja dopiero teraz, po 18 latach życia, rozpaczliwie wczepiona w swój ból, wreszcie się nawróciłam. Wreszcie zobaczyłam Boga- z wysokości gleby i prochu, z samej ziemi. Myślałam, że kiedy stanie się coś takiego jak ostatnio, że kiedy stracę sens życia, to już nigdy nie będę umiała się modlić… A ja właśnie dopiero teraz zrozumiałam, że kogo Pan Bóg kocha, temu daje krzyż. Że mnie bardzo kocha, tylko On jedyny. I że jestem tylko człowiekiem, że bez Niego bym nie uszła z tym krzyżem ani kroku. Cały czas czuję, że przy mnie jest, że nie chce mnie zostawić samej, że mnie nigdy, przenigdy nie opuści. Christe, lux mundi, qui sequitur te habebit lumen vitae, lumen vitae. Gratias Tibi maximas ago, Domine.

Życie mija mi przed oczami jak film. Nie wiem, co się dzieje wokół, nie chcę wiedzieć. Wszystko to oglądam bez zainteresowania. Czasem myślę, czy mogłam przewidzieć, że tak się stanie, że zostanę sama na drodze życia- bałam się tego, obawiałam się tego, mogłam przewidzieć, ale ja wierzyłam, że będzie dobrze. Przeliczyłam się w tym wszystkim. Łzy płyną mi z oczu jak groch, czasem przypominam sobie wszystkie miejsca, w których  byłam z Damianem- jego mieszkanie, w którym często byliśmy sami, w którym byłam wtedy panią, w którym było tyle śmiechu i szczęścia. Mieszkanie jego siostry, gdzie czasem chodziliśmy napalić zimą w kominku, gdzie często był bałagan i ziąb, ale uwielbiałam patrzeć, jak Damian rozpala ogień, jakby ten dom był nasz… Zalany deszczem, rozgrzany słońcem i zasypany śniegiem najukochańszy Lublin- z nim cały był piękny. I mury na Placu po Farze. I jego działka. I letnie noce. Wszystko. A teraz chodzę po tym Lublinie, który wykarmił mnie miłością i mam ochotę zdjąć buty i całować tą świętą ziemię pod moimi stopami za to, że dała nam miejsce, żeby tyle dobrego przeżyć. Tą ziemię, która teraz jest zimna jak grób.

Wiem, że kiedyś zrobi mi się lepiej. Może nawet zacznę pisać i mówić, że samotne życie bez mężczyzny jest tak samo dobre i wartościowe, jak życie z mężczyzną. Co gorsza… może nawet w to uwierzę. Ale na szczęście jeszcze nie teraz.

Ja się modlę, żeby było dobrze. Chociaż nie wiem jak to jest „dobrze”. Tylko Pan to wie i wiem, że ja mogę tego nie rozumieć.

"Myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje nad waszymi drogami i myśli moje nad myślami waszymi. Wezwałem cię po imieniu: moim jesteś" (Iz 55, 8-9; 43, 1b)

Końca nie widać...
2008-09-12 | 16:55:42
autor: ines007 | skomentuj (33)

Wypadałoby częściej pisać. Wypadałoby zmienić szablon. Wypadałoby jakoś się określić. Wypadałooby, ale cóż. Nie teraz.

W środę, 10 września, skończyłam 18 lat. Dochodzę do wniosku, że już od ładnych kilku lat nie zdarzyły mi się urodziny, które zastałyby mnie jako szczęśliwego człowieka- zawsze działo się coś złego, a to w domu, a to z Pawłem, a to z Damianem, a ja byłam beznamiętnym wrakiem, któremu już wszystko jedno. Patrząc na notkę jaką napisałam, kończąc lat 17, mój obecny stan mnie przeraża. Wtedy życzyłam sobie miłości, przyjaźni, wiary- nawet po tym, ile wtedy przeszłam. W osiemnaste urodziny stanęłam przed lustrem, spojrzałam sobie w smutne, przerażająco puste oczy, które tyle ostatnio płakały i powiedziałam "żeby Ci się tylko chociaż trochę chciało żyć". A nie chce mi się ani odrobinę, kładąc się spać nie obchodzi mnie, czy obudzę się następnego ranka, często wręcz wolałabym sobie tego oszczędzić. Nic na tym świecie mnie nie interesuje, wszystko jest mi tak samo obojętne. Wstaję rano, idę do szkoły, wracam, od czasu do czasu spotykam się z przyjaciółmi, odrabiam lekcje, uczę się, siedzę przy komputerze,  jem, śpię, płaczę. I modlę się czasem, żeby mnie jakaś nadludzka siła zmiotła z powierzchni Ziemi.

Dzisiaj Damian ma urodziny- nie uważam, że powinnam zrobić w ten dzień coś więcej, niż tylko dać mu prezent, który dałam i który swoją 200-złotową wartością poważnie zachwiał moim budżetem. A jednak jadę na zabitą dechami wieś, do strażackiej remizy, w której ma się odbyć jego osiemnastka... jadę jak zwykle, w poczuciu chorego obywatelskiego obowiązku, tylko po to, żeby nie prowokować serii kolejnych jego fochów, bo skoro mnie zaprosił, to mam być. Jadę z najszczerszym zamiarem pokazania się, a po 15 minutach zabrania kurtki i wymknięcia się w noc ciemną, aby powrócić do domu autobusem o 21. 10- po godzinie od wyruszenia na całą tą chorą eskapadę. Zawsze wszystko muszę robić wbrew sobie...liczę tylko na to, że lepiej mi będzie dlatego, że wcześnie wrócę do swojego domu, do swojego łóżka, do swojego snu i swoich faz REM. 

Rozmawialiśmy poważnie z Damianem i wiem, że muszę zaczekać aż on dowie się, kim jest, czego chce w życiu. Dam mu chyba szansę i czas, bo jego argumenty do mnie trafiły. 

Czasem chciałabym spotkać naprawdę fajnego faceta. Nie dlatego, że szukam męża, zwłaszcza, że mam nadzieję, że moje życie jeszcze ma szansę wrócić do poprzedniego stanu, ale dlatego, że brakuje mi po prostu fizycznej bliskości z kimś. I może mam błędne przekonanie, ale utarło mi się, że mój facet ma być nie do końca miły, nie do końca odpowiedzialny i nie do końca zrozumiały dla mnie, a każdy inny jest zupełnie do niczego. Wiem, że to złe podejście, ale jednak nie lubię mężczyzn, którzy wypowiadają się jak Mikołaj Rej, okazują mi tylko ślepe uwielbienie, są zbyt delikatni, zbyt poetyccy, zbyt mało męscy, mają niemęskie, słabe reakcje, nie potrafią wyrazić swojego zdania, wypowiadają się tak, jakby przemawiali do tłumów, nie umieją mówić prosto ani myśleć po męsku, logicznie. Na samym początku znajomości są na etapie "odpoczywania" od czegoś, przemyśleń itd.. A życie to nie jest świątynia dumania, ale ciągłe pulsowanie. Życie boli, w życiu nie można się zatrzymywać, życie męczy, ono jest jak koń stający w szrankach hipodromu, a my jesteśmy jeźdźcem- musimy być pewni, cokolwiek by się nie działo, nie wolno nam się poddawać. Koń przeskoczy przeszkodę tylko wtedy, kiedy damy mu odpowiedni rozbieg, niech się rozpędzi, niech skoczy szybko i bez lęku. Gdybyśmy zatrzymali się przed samą przeszkodą, zeszli z niego, usiedli na ziemi i długi czas dumali, a potem wsiedli i kazali mu skoczyć z miejsca- nie skoczyłby. A Ci mężczyźni, których spotykam, wciąż wyhamowują swoje życie. Na dodatek nagle wyjeżdżają, nie wiadomo gdzie, z kim i po co, w interesach ciemnych i do osób nieznanych. NIe lubię tego, a spotykam takich osobników ostatnio na pęczki. Na dodatek nie umieją nawet na początek zachować duchowego dystansu- sama jestem skomplikowana, uczuciowa i aktualnie sterana życiem jak wół roboczy. Muszę mieć w kimś oparcie, a ta osoba nie może być bardziej kobieca niż ja.

Czuję się jak zdeptany papierek po herbatnikach. I jeszcze dzisiaj ta impreza...  Myślę że niegłupim byłoby zacząć robić zakłady, ile jeszcze wytrzymam.

 

***

Dopisane w niedzielę, 14.09.2008: Byłam na Damiana osiemnastce, wytrzymałam pół godziny, a potem poszłam na przystanek z nerwów blada jak ściana, było mi słabo i niedobrze, myśląc tylko o tym, żeby życia nie zakończyć gdzieś w przydrożnym rowie. Nie pytajcie, co się stało, bo nie powiem- nie teraz, nie mam siły. To wszystko chyba mnie doszczętnie niszczy. 

 

 

Krajobraz po bitwie.
2008-08-31 | 17:45:54
autor: ines007 | skomentuj (39)

Jeśli człowiek jest dzisiaj sam, to znaczy że już naprawdę nie ma nikogo na świecie. Ja jestem dzisiaj sama.

Mam okno z widokiem na kościół. Wczoraj w tym kościele przez cały dzień, co godzinę, był jakiś ślub. Było trąbienie samochodów, rzucanie ryżem i monetami, udekorowane białe limuzyny, wystrojony tłum gości. Byli państwo młodzi- on, w ciemnym garniturze, wyglądający jakby właśnie wygrał milion dolarów na loterii, ona, w pięknej sukni i z uśmiechem, który zawsze widać było nawet z mojego okna, na 6 piętrze, 100 metrów od kościoła. Każdy ślub wyglądał identycznie, mimo że za każdym razem przed ołtarzem stawali inni ludzie. Inaczej się poznali, inaczej wyglądały ich związki, inaczej decydowali się na spędzenie ze sobą życia. A jednak wszyscy powiedzieli "oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci".  I prawdopodobnie część z nich rzeczywiście do owej śmierci się nie opuści. Boże, gdzie są tacy mężczyźni, którzy są w stanie to przyrzec?

Wczoraj moi rodzice również byli na ślubie i weselu syna swojej znajomej. Ja też dostałam zaproszenie- kuriozalne zaproszenie dla mnie oraz mojej osoby towarzyszącej. Gdybym tego dnia, kiedy pierwszy raz trzymałam je w dłoni, wiedziała, że w dzień ich ślubu będę najbardziej samotną osobą na tej półkuli, to spaliłabym je i odmówiłabym nad tym duchem nieczystym wszelkie znane mi modlitwy. Nie wiedziałam. Całe szczęście- nie poszłam też na to wesele. A ci państwo młodzi wyglądali na zdjęciach tak samo cudownie i szczęśliwie jak inni, jak wszyscy. Co ja bym mogła im powiedzieć? Chyba jedyne szczere słowa jakie mogłyby wypłynąć z moich ust to: "Dam Wam jedną radę, zanim się pobierzecie... Nie pobierajcie się!", wypowiedziane przed wejściem do Kościoła. Dobrze więc, że mnie tam nie było.

Tymczasem wczoraj Damian wrócił po tygodniowym pobycie w "NiE-WiAdOmO-GdZie".To znaczy: ja nie wiem, gdzie on był, bo mi nie powiedział. Przez tydzień siedział w jakimś miejscu (które było, moim zdaniem, jego mieszkaniem kilka ulic dalej lub w najbardziej ekstremalnym wypadku: jego działką 15 km od domu) i ponoć odpoczywał i myślał- chyba odpoczywał ode mnie i myślał o naszym związku, ale nie wiem dokładnie. Pisał SMSy i wyglądało to wszystko tak, jakby miał zamiar się nawrócić na odpowiednią ścieżkę życia, z tym że chyba jednak się nie nawrócił. Przyszedł do mnie wczoraj, późnym wieczorem, porozmawiać... ale porozmawiał o maturze, planie lekcji i prawie jazdy. Zupełnie bez słowa "przepraszam"- za tydzień, przez który prawie umarłam i za następne, które będę musiała przeżyć w stanie rozbicia na milion kawałków. Za ten gwałt na moim zaufaniu i za wszystko, co mi zrobił. Za to, że mu się nagle moja miłość odwidziała.

I abstrahując od faktu, że jestem zupełnie złamanym człowiekiem, to jednak nawet w moich oczach, cała ta sytuacja jest straszna i śmieszna. On sam zupełnie nie wie, kim jest, a jedynym działaniem, jakie umie podjąć, żeby stać się kimkolwiek, jest zrobienie komuś najbliższemu strasznej krzywdy. Wtedy jest kimś- chodzącym cudzym nieszczęściem. Przychodzi, nie wiadomo po co i dlaczego, napsuje krwi i idzie do domu, pozostawiając po sobie tylko niesmak i poczucie gruntu usuwającego się spod nóg. No tak- namieszał jak należy, więc może już iść. Nie jest w stanie powiedzieć, czego chce od ludzi i od życia, bo nawet od siebie niczego nie wymaga. Mając łącznie dwa tygodnie, na przemyślenie pewnych spraw, nie przemyślał nic- co nie jest bynajmniej wnioskiem świadczącym że sprawa jest tak trudna, tylko że on w ogóle nie myśli. Jedynym, co mu w byciu ze mną nie pasowało był fakt, że miał zupełnie wszystko, ja wydawałam się dla niego zbyt dobra. Cóż, teraz sam sobie nie daje rady, więc pisze do mnie, oczekując pomocy. Nie dostanie jej, bo ja sama sobie ledwo radzę. Nie jestem w stanie niańczyć jego, kiedy sama ledwo oddycham, przez płacz- a nawet gdybym chciała, to jemu się nagle przypomina, że przecież robi mi separatio, więc w żadnym wypadku nie możemy się spoufalić. Zaczął więc brać psychotropy, które walą mu na mózg. Żal, żaaal, serce płacze. Szkoda słów. 

Jedyna dobra rzecz w tym wszystkim to fakt, że idę już jutro do szkoły. Większość ludzi dostaje gęsiej skórki na samą myśl o tym, ale ja jestem z tego powodu nawet szczęśliwa. Bo 1 września jest dla 90% z nas czymś złym. Na szczęście tylko do czasu, kiedy przeżyjemy w życiu coś NAPRAWDĘ ZŁEGO. I chyba najbardziej przekonującym o moim bólu argumentem w całym tym naszym rozstaniu jest właśnie fakt, że przy tym to nawet początek roku szkolnego jest uroczy, słodki i kojący.

 

 

A teraz popatrz na wrak człowieka.
2008-08-25 | 19:02:00
autor: ines007 | skomentuj (8)

Pierdolone życie. Dlaczego, k..., dlaczego tak jest?

Zasypiam i staram się nie myśleć, że jest ktoś, kto jest powodem niekończących się problemów. Zamykam oczy i uciekam stąd myślami. Chodzę wszędzie ze słuchawkami na uszach, a muzyka zagłusza myśli. Udaję, że nie widzę, jak każde kilka SMSów kończy się moimi łzami. Nie myślę o tych łzach, wolę pójść do kiosku i kupić kolejną setkę chusteczek, a potem tylko bezmyślnie wycierać oczy, których już nie maluję, bo po co marnować tusz, skoro i tak zaraz spłynie. Nie odpowiadam na maile, nikomu nie odpisuję, rzadko odbieram telefon, prawie nie wychodzę z domu. Nie mogę spać po nocach, rzucam się w mokrej pościeli, zasypiam nad ranem. Nie mogę jeść, bo robi mi się niedobrze, nie mogę prowadzić samochodu, bo trzęsą mi się ręce, nie mogę z nikim rozmawiać, bo w najmniejszym stopniu nie interesuje mnie to, co mówi, przez to, że nie mogę się skupić. Czuję się jak wrak człowieka.

Jedyny raz od długiego czasu, kiedy przez kilka chwil naprawdę chciało mi się żyć, był w sobotę wieczorem. Korzystając z okazji, że Damian wyjechał, zaprosiłam do siebie kilku przyjaciół. Bardzo chciałam, żeby nasze spotkanie się udało, chociaż wiem, że mam w życiu okropną passę i że nic mi się ostatnio po prostu nie może udać. No i oczywiście okazało się, że moja przyjaciółka nie przyjedzie, bo źle sprawdziła rozkład na PKSie i uciekł jej ostatni autobus do Lublina. Było mi przykro, bo bardzo się za nią stęskniłam i liczyłam, że się zobaczymy. Miałam dość rzeczy, które sypią się w proch, kiedy tylko do nich dotknę, oczy pełne łez i zero sił. Chciałam przeprosić, wszystko odwołać, położyć się do łóżka i przepłakać całą noc- już nawet miałam to zrobić, zalogowałam się na gg z zamiarem napisania do Kamila, że nic z tego, ale on na szczęście wybił mi to z głowy, wsiadł w samochód i zaraz był u mnie. Kiedy otworzyłam drzwi i zobaczyłam go… z tym cudownym, szerokim uśmiechem na twarzy, uśmiechem, który tyle razy bywał moim jednym w życiu słońcem… po prostu poczułam że ten ból, z którym ledwo sobie radzę od tak długiego czasu… jakby zelżał. Że na kilka godzin stał się znośny. Że tego wieczora będzie naprawdę dobrze. I było- kiedy tylko on pojawił się w tym domu, znowu ktoś się tu śmiał, żartował i opowiadał z zaangażowaniem zwariowane historie, pijąc ze mną herbatę przy kuchennym stole. I wtedy usłyszałam coś, co uświadomiło mnie w jak bardzo złym kierunku idzie moje życie- usłyszałam swój śmiech. Radosny, beztroski,  głośny śmiech, który byłby najnormalniejszy na świecie, gdyby… gdyby mi się w ogóle zdarzał. A ja nie śmiałam się już ani razu od tygodni, były tylko łzy i zacięte milczenie. W tamtą sobotnią noc się śmiałam- jak za złotych, dobrych czasów, mimo że czasy nastały okropne. I napawałam się dźwiękiem tego śmiechu z pełną świadomością, że to jest prezent od losu, że mogę się w swoim życiu poczuć na chwilę szczęśliwa. Potem przyszedł też Mateusz i siedzieliśmy we trójkę, śmiejąc się i rozmawiając do późnej nocy, jedząc chipsy i popijając piwko, po którym przychodziło słodkie uczucie kołysania, jak na pontonie płynącym po spokojnej wodzie. ;) I wtedy zrozumiałam, że Przyjaciel to jest taka osoba, która przychodzi, kiedy widzisz przed sobą tylko ciemność i przynosi Ci słońce.

Tamto słońce, które oni przynieśli, zgasło szybko. Ale przynajmniej mogłam jedną noc przespać bez łez i koszmarów- po prostu spokojnie. W niedzielę Damian wrócił i utwierdził mnie w przekonaniu, że on nie jest już tym samym człowiekiem, co kiedyś i że nie mogę mieć nadziei, że będzie taki, jak kiedyś. Zmienił się tak strasznie… Nie wiem, co się stało. Wiem za to, że on mnie już chyba nie potrzebuje. Że mnie zniszczy, że mu nie zależy, że sam nie wie, kim jest, kim się stał. Że jest nieszczęśliwy, ale ja jestem jeszcze bardziej nieszczęśliwa- przez niego. Że mógł mieć ze mną wszystko, wszystko mu mogłam dać- mógł być najszczęśliwszym i najbardziej spełnionym człowiekiem na świecie, mógł mieć przy mnie szczęście w życiu, wsparcie, radość, pomoc, cudowny, ciepły dom, akceptacje dla jego wszystkich (bardzo licznych) wad, spełnienie marzeń. A teraz nie będzie miał nic, bo nie chciał w porę zauważyć, że ze mną źle się dzieje, że potrzebuję jego pomocy- zniszczył mnie i teraz już nigdy nie będę sobą. Ale muszę jakoś żyć. Jestem teraz za słaba, żeby po prostu przeżyć to rozstanie, które, moim zdaniem, szybko nadejdzie z jego winy. Już się przygotowuję na to wszystko, sama sobie powtarzam milion razy dziennie, że będę umiała jakoś żyć bez niego, jak mantrę.

Że to nic, że nie będziemy się widywać- ja mam przecież w tym roku maturę, samotnie będę mieć więcej czasu na naukę.

Że to nic, że zawsze będę wracać sama- po prostu muszę sobie rozplanować wszystkie zajęcia poza domem w miarę wcześnie.

Że to nic, że kiedy będę chora, nikt się mną nie zajmie- będę ubierać się cieplej i brać witaminy… na pewno się nie rozchoruję.

Że to nic, że nikt mnie nie wesprze, nikt nie pomoże- poradzę sobie jakoś sama, a jeśli sobie nie poradzę, to trudno…

Że to nic, że będę sama na świecie- muszę milczeć i być silna.

Zostanę sama. Jakoś będę żyła. Będzie przychodził poranek, potem szkoła, popołudnie i wieczór. Zmienią się pory roku, oprócz nich- nic. Będę sama w swoje urodziny, w Boże Narodzenie, w Wielkanoc… Będę sama budzić się w pustym łóżku i sama zasypiać. Będę trzymać telefon w torebce, a nie w kieszeni- przecież  i tak będzie milczał. Będzie szkoła, zdawkowe rozmowy ze znajomymi, dom. Nic więcej. Trzeba się przyzwyczaić do ciszy.

Mówią, że kogo Pan Bóg kocha, temu daje krzyż. Więc przynajmniej Pan Bóg mnie kocha.

 

 

 

>
Pytania bez odpowiedzi.
2008-08-21 | 23:24:26
autor: ines007 | skomentuj (6)

Wiecie, co to jest tak zwana "teksańska masakra piłą mechaniczną"?

Teksańska masakra piłą mechaniczną jest to stan totalnego zlasowania mózgu oraz zawieszenie spowodowane tym, że ktoś czegoś za bardzo chce, za bardzo się na tym skupia, na skutek czego temat się "nagrzewa" i psuje. Zmęczenie materiału.

Taka właśnie masakra następuje, kiedy ludzie przebywają ze sobą za dużo i starają się za bardzo. Są ze sobą codziennie po 8 godzin, jedna osoba skacze wokół drugiej jak służba wokół cara i obie za wszelką cenę próbują nie dopuścić do kłótni, ostrzejszej wymiany argumenów, spięcia. W końcu w powietrzu można zawiesić siekierę- tak jest gęsto i nieprzyjemnie.

Na skutek owej masakry dzisiaj się pokłóciliśmy. O totalną, ale bardzo złośliwą głupotę, którą powiedział mi dzisiaj przez telefon, na którą ja zareagowałam bardzo emocjonalnie, rozłączając się po prostu. Już dawno tak nie robiłam, po prostu siedziałam cicho i czekałam, aż przebrzmią i ucichną straszne słowa. Chyba zachowałam się tak, jak dawna, dumna Agnieszka. Nie wiem, czy to dobrze, ale jestem zbyt wyczerpana tą całą okropną, trwającą od miesiąca sytuacją, żeby to roztrząsać.

Jutro rano Damian jedzie do Tarnowa. Czekają mnie 3 dni bez niego. 

Ciekawe, czy zdążymy się pogodzić przed jego wyjazdem.

Ciekawe, dlaczego tak jest.

Bo kochać mężczyznę to jest ciężka praca.
2008-08-13 | 14:14:46
autor: ines007 | skomentuj (12)

Wszystko w porządku? Tak, tak, super. Co u Ciebie? Świetnie. Dobrze się czujesz? Doskonale.  A tak naprawdę, to czasem rzygać  mi się chce.
Niby wszystko dobrze. Słodko, uroczo, cieplutko, bezpiecznie. Patrząc na to z zewnątrz- śliczny obrazek. Patrząc od wewnątrz- mordercza szarpanina jednej osoby i totalna stagnacja drugiej. On mówi: bo nic się nie dzieje. Ona mówi: padam z nóg. On mówi: nic dzisiaj nie robiliśmy. Ona mówi: wstałam rano, ubrałam się, umyłam, posprzątałam, byłam w sklepie, zrobiłam mu śniadanie, rozmawiałam z nim, zabawiałam go, upiekłam dla niego ciasto, zrobiłam obiad, wyszłam z nim na spacer, oglądaliśmy razem filmy, wróciłam do domu, nieprzytomna rzuciłam się na łóżko. On mówi: nudzi mi się. Ona mówi: jestem głęboko złamanym człowiekiem.
Ja nie narzekam. Naprawdę bardzo go kocham, zrobię dla niego wszystko, sama dla siebie nic nie znaczę, tylko on jest ważnym czynnikiem w moim pobycie na tym łez padole. Ale to, żeby on miał ciepło, dobrze, uroczo i wygodnie to jest mój ciągły ruch, bezustanna, mrówcza praca, godziny głowienia się po nocach, jak by mu tu jeszcze dogodzić.  Znoszenie jego fochów w gorsze dni, ignorowanie jego złośliwości, spełnianie jego zachcianek, robienie mu jedzenia, kupowanie mu leków, kiedy jest chory, wysłuchiwanie i rozwiązywanie jego (często wyimaginowanych) problemów,  pamiętanie o wszystkim za niego, towarzyszenie mu zawsze i wszędzie, kiedy on tego zechce, sprawianie, aby każde słowo wyrażające jego pragnienie stawało się ciałem. Ale dla Damiana zawsze robiłam wszystko, czego tylko zapragnął, bez zastanawiania się, czy ja tego chcę, czy to jest nam potrzebne, czy to dobrze, że godzę się na wszystkie jego zachcianki. Byłam jak wróżka z bajki: wystarczyło pstryknąć palcami, a ona zjawia się i spełnia życzenia. Wszystko to robię z dumą i radością, że mam dla kogo żyć. Wiem, że w życiu każdego człowieka trafiają się gorsze okresy, że kochać kogoś, to znaczy pomagać mu w takich chwilach i nie odwracać się od niego. Tylko że wróżka ma magię, a ja jestem zwyczajnym człowiekiem, któremu może od nadmiaru życzeń zabraknąć czasu, sił i pieniędzy, żeby dalej je spełniać.
Pierwszym i jedynym sprzeciwem, na jaki sobie pozwoliłam, był mój definitywny brak zgody na jego wyjście na pielgrzymkę. Postawiłam na swoim, ale był to zgrzyt podobny do zgrzytu ogromnych kół zębatych, które od wieków kręcą się razem w jedną stronę, a nagle jedno z nich zaczyna kręcić się w drugą. A on chyba dalej nie pozbył się buntu związanego z tym, że musiał się zgodzić na coś, co było nie po jego myśli.
A ja nie mam siły protestować. Schowałam swoją dumę do pudełka po zapałkach i nie wyjęłam jej, odkąd tylko zaczęliśmy razem być, ponad rok temu. Wstaję rano i robię to, co on zechce. Dzisiaj na przykład musiałam pójść z nim do centrum wolontariatu, mimo że przyrzekłam sobie kiedyś, że nie pójdę tam, nie wstąpię tam, nie będę należeć do tej sekty- bo tam ludzie naprawdę zachowują się jak w sekcie. Ale byłam tam dzisiaj na zbiórce organizacyjnej, na którą mieli przyjść wszyscy, a przyszły 2 osoby- ja i Damian. Widocznie w pozostałych czasem też odzywa się zdrowy rozsądek i takie rzeczy po prostu olewają. Wygląda na to, że będę też musiała żebrać na zbiórce pieniędzy dla Gruzinów. Każda sekta wciąga jak bagno.
Są takie momenty, że mam ochotę po prostu spokojnie przysiąść na d… i nikomu przez chwilę nie dogadzać. A jedyne, na co mnie stać, to przycupnięcie wieczorem na łóżku, potoczenie nieprzytomnym wzrokiem po ścianach i zaśnięcie z głową w drodze do poduszki. Czasem kochać mężczyznę to bardzo ciężka praca.

 

Rachunki od losu zawsze przychodzą punktualnie.
2008-08-04 | 09:59:46
autor: ines007 | skomentuj (13)

Za wszystko trzeba kiedyś zapłacić. Nie ma nic za darmo, ani spokoju, ani miłości, ani szczęścia- te rachunki akurat zawsze przychodzą w terminie i trzeba zapłacić jak najszybciej, zawsze z poczuciem, że słusznie płacimy, że to, co przeżywamy, jest warte naszych poświęceń.

Damian nie poszedł na pielgrzymkę. Więc jednak ten rok mojego starania się, żeby nie pozwolić się skrzywdzić drugi raz, cały rok mojej pracy, moich łez i prób nie poszedł na marne. Chociaż już myślałam, że to wszystko stracę. Już nie miałam siły, wydawało się, że przegrałam. Nie kłóciliśmy się nawet, nie miałam siły. Były tylko łzy i wielkie pragnienie, żeby potrafić rezygnować. Nie potrafię ani nie chcę, dopięłam swego. Mam nadzieję, że to rozpocznie jakąś nową, jeszcze lepszą erę, że wreszcie będę mogła się z tym wszystkim jakoś pogodzić. Sama świadomość, że jest 4 sierpnia, a on przyjdzie, żeby spędzić ze mną dzień, zjesć ze mną śniadanie, obejrzeć ze mną film, pojechać ze mną na stare miasto, pójść ze mną na spacer, lody, pizzę, może do kina, spędzić ze mną wieczór- samo to jest już magiczne, jest już dla mnie nagrodą. Tym lękiem i walką, żeby nie przegrać, zapłaciłam wysoki rachunek za cudowny, piękny lipiec, za całe tygodnie miłości.

Każdy mój dzień, to On. I naprawdę jedyną osobą, która mnie na tym świecie naprawdę w stu procentach obchodzi, jedynym towarzystwem, jakiego nigdy nie mam dość, jest On. Został ze mną i to jest piękne, chociaż wiem, że sam też z wielu rzeczy musiał zrezygnować. Dziękuję. Dziękuję.

Dzisiaj siedzę tu i wiem, że wygrałam bitwę. Jeszcze nie wojnę, ale bitwę, która kosztowała mnie prawie życie, pod koniec której wykrwawiałam się bez nadziei. Teraz siedzę jak na pogorzelisku- strasznym, ale szczęśliwym. 

Niedługo on wyjedzie na kilka dni do brata, do Tarnowa. Ale nie odszedł ode mnie. 

Bardzo, bardzo wdzięczna i szczęśliwa. :)

 

 

"Sam na sam, Ty i ja i nocy gram..."
2008-07-22 | 15:49:22
autor: ines007 | skomentuj (41)

No i wróciłam.

Było... delikatnie mówiąc: smutno. Było nudno, bez pomysłu, zimno, bez pogody, wrogo, bez zrozumienia, egoistycznie, bez serca, i samotnie, bez Ukochanego.

Ale to już było i nie wróci więcej, na szczęście. A ja jestem tu znów, znów z nim- i jest cudownie. Wróciłam w niedzielę i spędziliśmy ze sobą piękny wieczór, w poniedziałek wieczorem pojechaliśmy do Damiana na działkę. Oczywiście było świetnie, ale inaczej niż zwykle- trafiliśmy na jakąś imprezę rodzinną u jego ciotki, która mieszka naprzeciwko tej działki i musieliśmy się tam pojawić, wypadało. Mocno różni się ta rodzina od mojej, chociaż nie jestem w stanie powiedzieć, jakie wrażenie na mnie wywarli. Poznałam trochę osób i czułam się jakbym była Damiana narzeczoną :) miłe uczucie i słodkie kilkanaście godzin z daleka od miasta, od swojej rodziny, której mam troszkę dość i od tego wszystkiego, od czego daleko powinno się być.

A w poniedziałek pierwszy raz prowadziłam samochód ;) No zobaczymy, co to będzie z tym moim prawem jazdy, ale myślę że jak na pierwszy raz to poszło mi całkiem nieźle, przyjechałam sama z placu pod szkołę jazdy. Gdybym nie jeździła z tak niemiłym i antypatycznym instruktorem, to mogłabym powiedzieć, że było nawet przyjemnie.  

A na dziś mam w planie jeszcze posprzątać pokój, w którym panuje chaos pt. "mega bałagan po powrocie z podróży" i obejrzeć z Damianem jakiś film.

Mam wrażenie, że jestem taka szczęśliwa, że wyrosną mi skrzydła.

"Dobra konstelacja gwiazd
Dziś w bezsenność wprawia nas
Grawitacji nadszedł kres
Wszystko takie lekkie jest
Czas istnieje tam, gdzie chce
I leniwie toczy się
Ta odwieczna, znana gra
Dwa oddechy, serca dwa"
 
 
 
Największe dobro.
2008-07-12 | 00:04:48
autor: ines007 | skomentuj (17)

Cudowny tydzień.

Kiedy byliśmy sami w domu, bo moi rodzice wyjechali. Kiedy miałam okazję dzięki niemu poczuć się na tym świecie jak w domu. Nie pamiętam już, kiedy byłam taka szczęśliwa, kiedy tyle z nim przebywałam. Cudownie...

A jutro wieczorem wyjeżdżam na tydzień. Z rodzicami. Z daleka od jedynej osoby we Wszechświecie, która  mnie kocha. To nic, że nie wszystko jest zawsze tak, jakbyśmy chcieli- ważne, żeby nie żyć samotnie. Jutro się pożegnamy i rozstaniemy na 7 dni. A ja jestem już ostatni raz sama w pustym domu i bolą mnie ściany, w których nie rozbrzmiewa jego głos, jego śmiech, szukam wzrokiem tych orzechowych oczu, wszędzie chodzi za mną jego zapach- zapach bezpieczeństwa, dobroci i miłości. Nie mogę odnaleźć się we własnym łóżku, w pościeli przesiąkniętej tym zapachem, w której spałam drugi raz w życiu wtulona w jego ramiona, bezpieczna. 

Nie chcę, nie chcę odjeżdżać. Nie chcę puścić jego dłoni. Los się uśmiechnął, dał trochę szczęścia. Nie umiem żyć bez obecności człowieka, który dał mi sens życia, który nim jest. I jutro jeszcze raz poczuję się szczęśliwa, kiedy mnie przytuli, zanim odjadę z ludźmi, dla których moje życie tak strasznie mało jest warte. Zło dotyczy nas wszystkich, ale Ci, którzy znają miłość, znają największe dobro na Ziemi.

Ostatnio wiem tylko jedno- ja cała jestem miłością. Patrze w swoje oczy w lustrze i widzę tylko to.  

 

 

Krótko.
2008-07-03 | 13:24:04
autor: ines007 | skomentuj (9)

Będzie krótko. ;)

Jestem opalona (to nic, że na solarium).

Jestem wyspana (to nic, że dokonuje się to w dziwnych, bynajmniej nie nocnych godzinach).

Jestem wypoczęta i odstresowana (ewenement).

Nie wiem dlaczego, ale każdy przyjazd Damiana po dłuższej nieobecności jest dla mnie jak święto. Tym razem wysprzątałam wszystkie szafki, umyłam okna, wyprałam i uprasowałam wszystkie firanki i zasłony, wypolerowałam meble, umyłam podłogi, uprałam i odprasowałam prawie wszystkie swoje ciuchy i upiekłam ciasto. Słowem, przez kilka dni byłam zarobiona po łokcie. Cóż, każdy ma jakieś odchyły ;) Pewnie wiele osób z ironią zastanawia się, na ile jeszcze wystarczy mi tej energii w miłości, żeby tak wielbić swojego faceta... mam nadzieję, że jeszcze na długo.

Damian wrócił we wtorek, jestem bardzo szczęśliwa. I jest nam cudnie, chociaż oczywiście nie obyło się bez nie do końca fajnych akcentów, ale pomińmy to. Grunt że jest dobrze.

I na podstawie ostatnich doświadczeń i przemyśleń stwierdzam, że mogę z przekonaniem powiedzieć mu:

"I'm the best damn thing that your eyes have ever seen".

Czas nas uczy pogody :)
2008-06-24 | 21:27:37
autor: ines007 | skomentuj (36)

I znów zmiana, znów inny świat- wszystko tak nagle, z zaskoczenia. A jednak tą zmianę powitał akurat szeroki uśmiech na twarzy. Głębokie "ufff"- z głębi znękanego serca.

Na tej okropnej imprezie w piątek wszystko miało się skończyć. A ona była okropna, naprawdę. Było bardzo niesympatycznie, nudno i smutno, a ja... naprawdę przygnębiona, zła i skołowana. Nie mówmy o tym. Szczęście w nieszczęściu, że Damian trochę się upił z moim ulubionym, kochanym kolegą Kamilem, któremu jestem bardzo wdzięczna, że się na tej imprezie pojawił. I jak Damian zrobił się troszkę wstawiony, to był taki dobry, czuły, słodki, kochany i opiekuńczy, że nie przeszkadzali mi wszyscy odstręczający do granic możliwości ludzie, którzy nas otaczali. O północy pojechałam do domu z wielką ulgą, że już nie muszę siedzieć na tej stypie i z wielkim przeczuciem, że przyjdą zmiany na lepsze.

To nic, że przez to wszystko pokłóciłam się z najlepszą przyjaciółką. To nic, że denerwowałam się przez cały tydzień jak przed ścięciem. To nic, że nic nie było w tym wszystkim lekkiego, pogodnego i imprezowego. To nic, że musiałam znieść tyle bólu. To nic, że przez to nie odbuduję już relacji z dwoma z moich fajnych kumpli, których szczerze lubiłam. To nic, że tyle rzeczy trzeba było stracić. 

Ja to wszystko zrozumiałam. Zrozumiałam dokładnie 24 godziny później, leżąc w Damiana domu, Damiana łóżku, Damiana T-shircie i Damiana najczulszych objęciach, kołysana do snu przez tego spokojny oddech i  słodkie tulenie się do mnie przez sen. Zrozumiałam sens cierpienia- cierpienia nie przez kogoś, tylko DLA KOGOŚ. Dla Niego. I dla największej wartości- jedynej, cudownej miłości. Bo czasami tak trzeba- a przez to wszystko byliśmy tak spragnieni siebie, swojego towarzystwa i czułości, że chcięliśmy zostać ze sobą tą jedną noc, po prostu być- usnąć razem i śnić. I cudem, kłamstwem i fortelem udało mi się zdezerterować z domu tego wieczoru za zgodą rodziców, aż do rana. Nie ma nic cudowniejszego niż zasnąć przy Nim i obudzić się u Jego boku. Największe szczęście... :)

Po tej boskiej nocy Damian pojechał na obóz, a ja przez 10 dni próbuję cieszyć się wakacjami sama, chociaż różnie mi idzie. Załatwiam dla nas obojga kurs na prawo jazdy, chodzę na solarium (żeby nabyć opaleniznę, bez której nie mogę żyć latem, a której nie będę miała okazji nabyć w tym roku naturalnie), uczę się zasad ruchu drogowego, sprzątam, czytam, oglądam filmy i chodzę po mieście. A niedługo Damian wróci i urządzimy sobie śliczne, własne niebo. 
:))))

A-M-A-Z-I-N-G. 

 

Cierpienie, gniotąc nas, człowieka zmienia w głaz.
2008-06-19 | 13:46:41
autor: ines007 | skomentuj (30)

Już nie mogę... 

Wiesz, co mi zrobiłeś? Ty mnie ukrzyżowałeś...

Tylko że śmierć nie chce nadejść, a ja czekam jej każdego dnia, kiedy się budzę, tylko jej oczu szukam, tylko za nią tęsknię i jej pragnę. Nic mnie już nie uratuje, tylko ta nicość. Bo jeśli nie będzie nic, nie będzie też bólu. Kiedyś dałeś mi spokój. A potem on odszedł i przyszło to cierpienie, które mnie teraz przybija do ziemi i dusi. Nic innego nie chcę, tylko się zapaść w ten ciepły mrok, w bezmiar nicości i tam zasnąć. 

A miłość patrzy, jak się wykańczam. I za nic nie chce odejść. 

Już naprawdę nie chcę tego życia. Nigdy tak nie płakałam. Nigdy nie widziałam siebie... takiej. Nigdy w życiu nie czułam takiego bólu. Kiedyś, kiedy byłam szczęśliwa i potrafiłam się cieszyć, strasznie bałam się, że kiedyś nadejdą takie dni, jak teraz. I nadeszły, a ja nie mogę tak żyć. To mi uświadomił dobitnie ten jęk i szloch, który wydarł się z głębi serca- pierwszy raz usłyszałam własny ból i zaczęłam płakać tak, jak płaczą tylko ludzie, którzy strasznie długo już nie płakali, którzy się wstydzili łez i nimi gardzili. I pękło mi serce. 

Kiedy jestem z ludźmi, to jeszcze się trzymam. Przez to wszystko ostatnio pokłóciłam się z przyjaciółmi i byłam praktycznie sama wśród tych, z którymi łączy mnie tylko nienawiść. Na szczęście dzisiaj się pogodziliśmy, a ja ja przez łzy podziękowałam Bogu, że chociaż to. Damian się zmienił. Nie wiem, czy jeszcze mnie kocha, ale wiem, że ja go kocham i że przez to umrę. Odwodnię się od płaczu, albo oszaleję, albo moje serce odmówi mi wreszcie posługi. I cokolwiek to będzie, wszystko mi już jedno. Nie wiem, dlaczego tak mnie traktuje, dlaczego taki jest, dlaczego obiecuje mi coś i nie dotrzymuje słowa, dlaczego koledzy stali się ważniejsi niż wszystko, dlaczego nie chce mnie wysłuchać i zrozumieć, dlaczego mi rozkazuje, dlaczego ja się na to zgadzam, dlaczego nie docenia tego wszystkiego, co robię i dlaczego ja nie mogę tego skończyć.

Nie ma mnie już, już mnie nie ma. Straciłam resztki siebie. Własnego zdania, chęci do życia, zadowolenia, siły. I co jest najśmieszniejsze? Że nasza historia bycia razem zaczęła się dokładnie rok temu. A po roku ja umieram. 

Mieliśmy spędzić weekend razem, u niego na działce. Okazało się, że on woli zrobić imprezę i kazał mi na niej być. Nie chcę, strasznie się ich boję. Ale muszę. Zabiorę swoich przyjaciół, żebym nie była tam sama. Żebym nie umarła tam sama. Tak, jakby jutro miał nadejść koniec.

"Wśród największego cierpienia ma się tę rozkosz, że się jest zdolnym do niego. "

                                                                     Fryderyk Chrystian Hebbel

 

Matko Bolesna, przyczyń się za nami. 
Dziwny jest ten świat...
2008-06-01 | 20:00:44
autor: ines007 | skomentuj (37)

Przez 5 dni w tygodniu budzik wyrywa mnie ze snu o 5.00 rano, a ja z trudem otwieram zmęczone oczy i widzę wokół siebie jasność- a ta jasność niesie ze sobą tyle boskich, słodkich skojarzeń, że od razu lepiej się wstaje ciału bezlitośnie znękanemu przez 10 miesięcy pracy i nauki. Ta jasność o nieludzko wczesnej porze znaczy... lato. Wakacje. Ciepło. Zieleń. Słońce. Beztroskę. Wypoczynek. Spokój. Relaks. Lenistwo. Zabawę. Błogość. Ciszę. Muzykę. Słodki zapach lipy, opalanie, sprita z lodem, tony książek (nie tylko lektur szkolnych;) ), dużo śmiechu, dużo snu, dużo gadania o bzdetach, wypadów, marzeń, przekomarzań, wszystkiego, co wakacyjne. I dzisiaj odkrywczo stwierdziłam, że zostało mi już tylko 20 dni do końca roku szkolnego, w tym dla mnie 15 roboczych. Jak Bóg da, to dożyję i odpocznę- może da. Proszę...!

Ostatnio nastroje me były raczej czarne i smutnawe, niczym nie przypominające o tej boskiej, słodkiej porze wyczekiwanych wakacji. Sama nie wiem, czy sytuacja się poprawiła, czy to ja się przyzwyczaiłam, ale absolutnie nie mam zamiaru w tej sprawie dociekać prawdy, bo oba wyjścia wystarczająco mnie satysfakcjonują. Może w wakacje się coś zmieni, ale szczerze wątpię, chyba że na gorsze. W sumie mam czasem wrażenie, że ja już wszystko zniosę, bo jeśli tyle razy się nie złamałam, to przetrzymam jeszcze więcej. Życie mnie nie raz rzucało na kolana, ale wstaję zawsze z uporem maniaka, chociaż nie wiem, dokąd idę, po co, dla kogo... dla siebie, czy dla Niego, ale idę, dojdę do celu, a ten cel będzie nasz, wyczekany. Oby.

Dużo pytań i stwierdzeń padło odnośnie poprzedniej notki, toteż może warto trochę je rozważyć, polemizując i rozwiewając wątpliwości jednocześnie.

"Nawet usilne postanowienie, bagaz doswiadczen sczegolnie negatywnych, nie wystarcza czasami". Święte słowa. Ale w niektórych przypadkach warto by było postarać się, żeby bagaż negatywnych doświadczeń wystarczył, zwłaszcza dla mnie, bo nie chcę już drugi raz dać serca na taką poniewierkę. Dla mnie ta jego pielgrzymka była własną duchową pielgrzymką, dużo gorszą i boleśniejszą- jak na kolanach, do samego Rzymu, po drodze wysypanej szkłem. Więcej chyba tego nie zniosę.

"wlasnie dlaczego z nim nie chodzisz na imprezy?" Ponieważ nie czuję się na tyle pewna siebie, żeby chodzić. To jest temat- rzeka, ale spróbuję to w miarę logicznie przedstawić: nie za bardzo lubię siebie, nie czuję się wystarczająco ładna i atrakcyjna, żeby tam iść, poznawać nowych ludzi, znosić badawcze spojrzenia i to wszystko, co by tam było. Chodzę tylko na imprezy urodzinowe do najbliższych przyjaciół, żeby ich nie zranić, żeby z nimi być, kiedy kończą 18 lat, bo to ważny moment, a ja nie chcę im robić przykrości. Ostatnio byłam na urodzinach u Kamila, było średnio i między naszą paczką bardzo popsuły się po tym kontakty, chociaż nikt nie wie, dlaczego. A ja boję się, że ktoś Damianowi na mnie nagada różności, bo się temu ktosiowi np. nie spodobam, a Damian przez to ma stracić znajomych, albo też ja będę musiała od niego odejść, żeby zachować resztki godności. Nie lubię imprez, mało piję, nie umiem tańczyć, nie bawi mnie to wszystko, ja ogólnie mało lubię ludzi, których znam- wystarczająco mało, żeby nie chcieć się z nimi widywać poza szkołą. Tym bardziej nie lubię ludzi, których nie znam, a poznać muszę, z wyższych przyczyn społeczno-obyczajowych, jak np. fakt, że to znajomi mojego chłopaka. Jeśli los za mnie zadecyduje i naprawdę będę musiała, to zacznę chodzić. I przestanę jeść, spać i żyć normalnie z nerwów, będę ćpała Persen i płakała po nocach z nadmiaru stresu.

"a zreszta skoro Ty nie mozesz to dlaczego on z Toba nie zostanie?" Nie wiem. Nie chcę prosić. Nie potrzebuję łaski.

Co do reszty pytań: Damian prawie nie pije. Na imprezy chciałby chodzić ze mną, ale ja próbuję obronić w tym chociaż cząstkę siebie. Nie chcę tam chodzić... Nie mamy naprawdę ogromnych problemów, każda para czasem ma gorszy czas, on jest dla mnie bardzo dobry, kochany, czuły i troskliwy i bardzo mnie kocha, w to nie wątpię. A ja kocham jego. Bo miłość to jest rzeka życia, może mieć gorzką wodę, ale bez tej wody jest tylko ciemność i śmierć.

A za tydzień Lubelska Noc Kultury :) Super, wybieramy się z Damianem. Kolejny ewenement: nie boję się takich imprez zbiorowych, wręcz przeciwnie. Bardzo się na to cieszę i od tygodnia myślę tylko o tym, żeby nie spotkać nikogo z jego znajomych.

Dziwny jest ten świat.
Do pełni szczęścia tylko kulka w łeb...
2008-05-23 | 18:28:31
autor: ines007 | skomentuj (55)

Życie jest jednak przetrącone po całości. I w co bym rąk nie włożyła, nie znajduję sprawy, która byłaby cała, dobra, porządna i prosta. Mimo, że wcale takich spraw nie szukam, to jednak miło byłoby wiedzieć, że coś na świecie jest po prostu normalne...

Z jednej strony liczę tylko dni do końca roku, patrzę się w kalendarz jak w oczy zbawienia, i budzę się codziennie ze świadomością, że jestem o jeden dzień bliżej. Ale jeśli to prawda, że jakie dwa majowe weekendy, takie wakacje, to jednak niech ten rok szkolny się nie kończy i niech będzie błogosławiony, razem z tym swoim wyścigiem szczurów, ze zmęczeniem, posmakiem krwi w ustach z wyczerpania, z roztrzęsionymi rękami i workami pod oczami. 

Bo źle się dzieje między mną i Damianem. Coraz nam dalej do siebie i jeśli to się wszystko nie skończy... te jego imprezy, picie, koledzy, koleżanki, wyskoki, nasze kłótnie, moje bezustanne myśli o zdradzie i spojrzenia wgłąb oczu Kamila... to wszystko się z hukiem zawali, zanim nam zajaśnieje wakacyjna jutrzenka. Nie wiem jak ja to wytrzymam, jeśli on będzie się zachowywał w wakacje tak, jak teraz, albo tak, jak rok temu. Już sobie raz obiecałam, że jeśli pójdzie po raz kolejny na pielgrzymkę, to go zostawię. I choćbym miała potem umrzeć, a pewnie umrę po tym, to zostawię go, jak Boga kocham. Bo nie chcę tak żyć, już tyle razy płakałam przez te jego zdrady, a ostatnio nie ma dnia, żebym nie płakała znowu. To wszystko siedzi mi w głowie i przypomina się, wciąż od nowa.

Nie umiem o tym pisać, nie chcę o tym mówić. Damian dzisiaj znowu pojechał na jakąś imprezę, rano wróci, ale co się przez noc stanie, to Bóg jeden wie. Jutro moi rodzice idą na jakąś imprezę ze swoją klasą z technikum, 20 lat się nie widzieli... a ja zostaję z siostrą na całą noc, więc Damian przyjdzie, może pogadamy, coś sobie wyjaśnimy... może. Albo się wykończę. Raczej to drugie. 

Witaj Majowa Jutrzenko.
2008-05-01 | 14:56:13
autor: ines007 | skomentuj (39)

Bardzo rzadko piszę, wiem. Kiedyś było inaczej, ale kiedyś wszystkie słowa przychodziły same, kiedyś wiedziałam, o czym mam pisać, czym się podzielić. Teraz jest inaczej i nie wiem, czy to naprawdę ma jakiś sens, żeby zastanawiać się, dlaczego. Po prostu tak jest- wiele rzeczy po prostu jest i nie zastanawiamy się nad nimi na co dzień. Nie będę i ja.

A ten maj… hmm, piękny miesiąc :) Czekałam tej „majowej jutrzenki” tyle miesięcy, że trudno mi uwierzyć, że wreszcie przyszła, chociaż przyniosła trochę zaskoczeń...

Od ostatniej notki może zrobiło mi się trochę lepiej. Może. Trochę.... Ale chyba tylko dlatego, że już całkiem niedaleko do końca tego wszystkiego, że za parę tygodni nadejdą wakacje- chociaż wiem, że będą one wcale nie mniej trudne niż moje życie tu, teraz. Ale liczę na odrobinę spokoju. Zdaję sobie sprawę z tego, że może za dużo bym chciała, mnie chyba spokój nie jest dany. Chociaż nie, może inaczej- spokój jest tylko w jego ramionach, a ostatnio ciężko mi znaleźć okazję, żeby się tam znaleźć. 

No właśnie- jakoś nam ciężko, jakoś opornie to wszystko idzie, jakoś cały świat przeciwko nam. I chyba nie ma co szukać żadnych głębokich zadr w nas, żeby odnaleźć przyczyny. Bo kiedy ludzie są zmęczeni, to po prostu nic im nie pasuje i warczą na siebie o byle co, a każde takie warknięcie bardzo dotyka drugą, równie zmęczoną osobę. Nie można sobie wtedy poradzić z emocjami, które narastają w zastraszającym tempie i gromadzą się w nas, wypiętrzają się jak góry. Stąd już naprawdę niedaleko do jakiegoś nieszczęścia. Tak samo było przez ostatnie 2 tygodnie z nami- warczeliśmy na siebie, załamywaliśmy się, płakaliśmy, śmialiśmy się, wychodziliśmy na spacery, wracaliśmy, żegnaliśmy się i witaliśmy, oglądaliśmy filmy, zasypialiśmy, mówiliśmy sobie „dobranoc” i dzwoniliśmy do siebie na „dzień dobry”, jedliśmy, piliśmy, obejmowaliśmy się, głaskaliśmy, całowaliśmy… i milion innych rzeczy. Było dobrze i źle, słodko i boleśnie, magicznie i zwyczajnie, mądrze i głupio, łatwo i trudno- ale zawsze razem. I mimo tego, że czasami szczęście nam umyka, to bycie codziennie ze sobą nie mieści się w kategorii rzeczy, które można sobie odpuścić. Myślę, że jest jedna rzecz, której się razem nauczyliśmy i która jest tak oczywista, że wcale o niej nie mówimy, ona po prostu trwa w nas: że budowanie miłości, więzi, zrozumienia, przebaczenia- to wymaga bycia wciąż ze sobą. Że nic nie załatwimy na odległość.

Sama nie wiem czemu, ale zaczęły mnie nękać złe przeczucia, czasami wręcz wróżyłam nam niepowodzenie. Może to właśnie z powodu tego nagromadzonego stresu, zmęczenia, tych złych emocji. Ale też dużo przez to myślałam o nas i wiem, że pewnych rzeczy nie unikniemy, bo prawdopodobnie nie należymy do tej grupy ludzi, którzy umieją ich unikać. Że pewnie będą takie momenty, kiedy oboje będziemy gdzieś z innymi ludźmi, nie ze sobą. Że różne pewnie przygody nas z tymi osobami połączą- ale wszystko po to, żeby się nauczyć jeszcze bardziej ze sobą BYĆ. Że pewne rzeczy trzeba przeżyć, przecierpieć, żeby podnieść rangę swojej miłości, bo ból, własny i tej drugiej osoby, czasami nieprawdopodobnie uświęca. A ja jestem ostatnio strasznie znękana tym wszystkim, co jest w moim życiu poza miłością- i paradoksalnie doszłam do stadium, kiedy to, co mnie nie zabiło, zaczęło mnie wzmacniać.

Prawdziwa miłość jest raną. I tylko tak ją można odnaleźć w sobie, gdy czyjś ból boli człowieka jako jego ból.

A kocham Damiana tak, że czasem mam wrażenie, że zaraz umrę z tej miłości, że ona mnie udusi, że się nią udławię na śmierć. Ale śmierć nie przychodzi, tylko ten duch niespokojny, stęskniony, we mnie mieszka- spokój przychodzi tylko przy nim, tylko wtedy mam w głowie pogodną ciszę, wtedy wiem, o co naprawdę w życiu chodzi. To jest najświętsza ze świętych sfer i nie wpuszczę tam żadnego elementu profanum, bo się po prostu nie da- chociaż ja wierzę mocniej w glinę ludzką, niż w kryształowe pojęcia. I wiem, że nawet gdyby Damian znowu mnie skrzywdził tak bardzo, jak wtedy, to nie odejdę od niego, bo nie mam siły, żeby żyć samotnie, ale przede wszystkim nie mam OCHOTY, nie chcę żyć bez niego. Czas nas uczy pokory. Uczy rozpoznawać prawdziwe złoto i żyć ofiarnie. Żeby coś od losu dostać, trzeba najpierw jak najwięcej z siebie dać.

Dzisiaj Damian wyjechał na cały długi weekend do brata, do Tarnowa. A ja nie próbowałam go nawet odwieźć od tego pomysłu, bo widziałam, jaki jest strasznie zmęczony i że rodzina jest dla niego ważna. Prawdopodobnie gdybyśmy spędzili te wolne dni razem, to miałabym z nich przecudowne wspomnienia, pewnie te słodkie chwile umilałyby mi wszelkie smutki nawet za wiele lat- ale… kto to wie? A może właśnie byśmy się pokłócili i zepsuli coś, na co pracowaliśmy tak długo? Dlatego pozwoliłam mu jechać, upewniłam, że kocham i będę tęsknić. I kupiłam mu małego pluszowego misiaczka właśnie po to, żeby pamiętał o tym, pomimo naszych ostatnich, nie najlepszych dni. Bo ja święcie wierzę w terapeutyczną moc rozłąki, która prawdziwą miłość wzmacnia, a płonne zauroczenia niszczy. I czuję że już, przez te parę godzin i przez czas naszego pożegnania, ta rozłąka nas wzmocniła. Będę tęsknić jak wariatka, ale kochać mocniej.

Rozłąka osłabia mierne uczucie, a wzmaga wielkie, jak wiatr gasi świecę, a rozpala ogień.

A więc, zostałam sama. Smutna i śpiąca. I może odeśpię wszystkie smutki. Czeka mnie kilka dni tęsknoty, ale cel uświęca środki.

 

~~~
2008-04-06 | 09:33:35
autor: ines007 | skomentuj (46)

 

Dlaczego tak jest? Dlaczego na świecie, miejscu takim pięknym, dobrym, tak przyjaznym nam wszystkim, dlaczego na nim są ludzie, którzy tego świata ani innych docenić nie potrafią, nie chcą, nie pozwalają? Dlaczego gardzimy tą piękną wiosną, tym, że coś się zmienia, poprawia, rodzi, żeby nam pokazać, że nie śmierć i nie zima powinny być w nas, ale wiosna i życie? Dlaczego wszyscy gonimy za marnymi pociechami, ulotnym pyłem, idziemy na granice wytrzymałości za czymś, co wydaje się światłem, a okazuje się odbiciem jakiegoś marnego przebłysku? 

Nie wiem. Nie chcę takiego życia. Nie chcę obracać się wśród tych ludzi, rozmawiać z nimi, przebywać, nie chcę tej presji, nie chcę tych nieszczęść, tego smutku, nie chcę budzić się i wstawać motywowana tylko tym, że kiedy rozpocznę mój dzień, to już z każdą chwilą będzie bliżej do jego końca. Nie chcę. I zaczynam bać się tego świata, mimo że nigdy się go nie bałam, zawsze był mój- mój świat, mój dom, moje szczęście, moja miłość… Teraz jest inaczej. I odliczam tylko tygodnie do końca, a z każdym dniem pamiętam coraz dobitniej, że tego końca za 11 tygodni mogę nie dożyć, bo z piekła nie każdemu udaje się wyjść.

Rozpaczliwie szukam oparcia, ale nie ma chyba człowieka, rzeczy ani instytucji, która to oparcie mogłaby mi dać. Żyję, bo jest Damian. Ale nad nami też czasem wiszą czarne chmury, a przeszłość, z którą nigdy się nie pogodziłam, wraca. I znowu pamiętam ból złamanego zdradą serca, identycznie jak wtedy, chociaż to już prawie rok. Znowu myślę, że to nie ma sensu, bo nie potrafię ani zapomnieć, ani wybaczyć. Znowu boję się, że on mnie nie kocha, że nie jest mi wierny, że słowa to słowa, a ja nie wiem, jak jest naprawdę. I inaczej na niego patrzę, kiedy przychodzi…. On mówi „kocham”, jest dobry, czuły, tuli mnie do siebie, przeprasza, jeśli skrzywdził, dziękuje mi, że jestem… nie mam podstaw, żeby mu nie wierzyć, a jednak boję się, że wierząc, ryzykuję zbyt dużo. Kocham go najszczerzej i najprawdziwiej, nie wiem, czy umiałabym odnaleźć się teraz na świecie bez niego- zwłaszcza na tym świecie, na którym nie umiem już odnaleźć swojego miejsca. I wiem, że nie mam nic oprócz miłości, bo przyjaźń, solidarność, wiedza, dom, wiara… to są rzeczy względne, małe, kruche, nieszczere, pozorne. Gdybym nie miała miłości- nie byłoby mnie tu.

I wiem, że kochać i bać się, to jest bardzo złe połączenie. Codziennie staram się zabić w sobie ten strach, znaleźć chociaż kilka minut dla Niego, żeby móc zapomnieć o wszystkim, co złe, przez jedną sekundę poczuć się bezpiecznie i dobrze, być wreszcie sobą.

Tydzień za tygodniem gorszy. W piątek pokłóciłam się z Damianem, bo chciał iść na jakąś osiemnastkę ze mną. Ale ja z nim nie chodzę, bo nie mogę, rodzice mi nie pozwalają, a ja sama nie czuję się ze sobą dobrze, panicznie się boję gdzieś iść, żeby inni na mnie patrzyli, czuję się brzydka i nie lubię siebie. Nie poszłam, mi było przykro, a on był zły. Pojechałam do miasta, tylko po to, żeby nie płakać cały wieczór w domu. A w centrum handlowym zaczepił mnie jakiś chłopak, twierdził, że się wyróżniam, jestem ładna i chce mnie poznać, a ja naprawdę nie chciałam z nim rozmawiać, bo nie miałam siły. Był uparty, koniecznie chciał mój numer telefonu, dopiero po dłużej chwili udało mi się go spławić. Wtedy zdecydowałam, że jadę do domu, bo było mi już słabo z nerwów skumulowanych przez te kilka godzin. Szłam na przystanek, kiedy na przejściu dla pieszych spotkałam Damiana. Z jednej strony ucieszyłam się mimowolnie, widząc go, ale nie wiem czy było nam to potrzebne, żeby się zobaczyć, mimo tej kłótni. Zamieniliśmy kilka słów, pocałowałam go w policzek na pożegnanie… Chyba wtedy już nie był zły. A ja mimo to, byłam strasznie smutna, przyszłam do domu, wzięłam Persen i poszłam spać, śniąc chore, smutne sny. Sobota do południa była identyczna, dopiero potem, kiedy Damian przyszedł do mnie i przeprosił, było wreszcie dobrze, chociaż długo nie mogłam się pogodzić ze wszystkimi swoimi myślami. Ale cudownie nam było razem, oglądaliśmy filmy, upiekliśmy pizzę i byliśmy wreszcie sami. Kocham go i dla niego właśnie się pozbieram.

 

 

 

święta :)
2008-03-21 | 13:17:06
autor: ines007 | skomentuj (11)

Cóż, przyszły najwyraźniej kolejne święta. A ja świąt nie lubię, żadnych- bo nie lubię fałszu pomiędzy ludźmi, którzy przez większość roku się nienawidzą, terroryzują swoje dzieci, obmawiają swoich bliskich, wszystkim wyrządzają krzywdę, a kiedy przychodzi jakieś duże święto, nagle ściskają się, składają sobie życzenia, uśmiechają się promiennie i udają, że wszystko jest w porządku.

Bardzo dobrą stroną całej tej świątecznej szopki jest oczywiście odpoczynek od szkoły (chwalmy Pana!), w której nie mogę ostatnimi czasy wysiedzieć,gdyż,  po pierwsze, z powodu przesilenia wiosennego i zmęczenia zasypiam na lekcjach (nawet tych, na których chociażby z powodu szybkiego toku prowadzenia zajęć zasypiać nie powinnam),  po drugie, wszystkie lekcje ostatnimi czasy są tak nudne, że żeby się czymś zająć w obronie przed sennością, robię notatki słowo w słowo ze wszystkiego, co nauczyciel mówi, nawet z głupawych żartów i anegdotek. Żal, tak źle to chyba jeszcze ze mną nie było :D Więc cieszę się niezmiernie z przerwy świątecznej, z tego że mogę wreszcie się najeść spokojnie, bez czytania jednocześnie podręcznika do biologii, że mogę się wyspać w godzinach 1.30-11.00, rozmawiać z Damianem przez telefon ile mi się zamarzy, posprzątać wreszcie i powłóczyć się po dworze, mimo że jest tak zimno.

A w środę, mimo tego zimna, postanowiliśmy z Damianem, wybitnie inteligentnie, spełnić dobry uczynek i zanieść życzenia świętaczne do jednego z emerytowanych nauczycieli z Damiana szkoły. Sugerując się nazwą ulicy, która wskazywała na to, że delikwent mieszka na osiedlu po którym najbardziej lubimy chodzić, wzięliśmy te życzenia od kolegi Damiana, który miał je doręczyć i zaczęliśmy szukać tej ulicy. Po dwóch godzinach błąkania się bez skutku, zmarznięci na kość, zadzwoniliśmy go Gabi, mojej przyjaciółki, żeby sprawdziłą w internecie, gdzie ta ulica jest. Okazało się, że spory kawałek dalej, gdzie dotarliśmy zmarznięci na kość do potęgi n-tej, pół godziny później. Znaleźliśmy ten dom, naciskamy dzwonek i.... i nic. Bo szanownych państwa nie było w domu, o czym nie omieszkał poinformować nas sąsiad... tak, cudowna to była wycieczka :D  Za to kiedy już przyszliśmy do mnie do domu, żeby się ogrzać, było bardzo przyjemnie i bardzo ciepło :)


A Wam, Kochani, na te święta, życzę właśnie dużo ciepła, spotkań z bliskimi, które pozwolą nam naładować akumulatory, szczęścia, które jest tak cudowne i tak potrzebne i... oczywiście miłości, która ogrzewa serca i dusze, nawet gdy pogoda taka paskudna :*

Bo trzeba wiedzieć, co jest najważniejsze.
2008-03-12 | 17:19:48
autor: ines007 | skomentuj (38)

Nieszczęścia chodzą po świecie. To wiemy od zawsze, one dotykają nas, czasem naszych bliskich, czasem zupełnie obcych. Są, mimo że wszyscy szczerze się ich boją i unikają jak ognia, słusznie zresztą. Nieszczęściem może być śmierć, która dotyka kogoś z najbliższego otoczenia, ciężka choroba, skrajna nędza- przypadki ekstremalne, chociaz niestety nierzadkie. Częściej- smutne, nieudane, niespełnione życie, brak czegoś istotnego dla ludzkiego człowieczeństwa, zawód w miłości, rozstanie, za które głupio i ślepo obwinia się wszystkich, tylko nie siebie. Czasami, wraz z nieszczęściem przychodzi złość, zazdrość, zaślepienie, zgorzknienie, sypią się wartości, a oczy patrzą, lecz nie widzą. I kilka chwil chcę poświęcić właśnie tym zagadnieniom, chociaż u mnie wszystko jak najbardziej w porządku. Słowa przeczytane w komentarzach zainspirowały mnie do pokazania prawdy. Nie mogę przemilczeć tego, co jest tak...szpetne. Mojej wypowiedzi nie kieruję do nikogo konkretnego.

W życiu najbardziej cenię dwie wartości: miłość i pracę. Kiedyś była tylko praca. Odkąd pamiętam, szkoła była najważniejsza, nauka, nauka, nauka- naprawdę to lubiłam. Chciałam, żeby mój trud był doceniany i pożyteczny- i był. Były czerwone paski na świadectwach, olimpiady, konkursy na wszystkich szczeblach, były sale pełne ludzi i odbieranie nagród za osiągnięcia, dyplomy, medale, listy gratulacyjne do rodziców i brawa na stojąco. Była ludzka zazdrość, był podziw. Najlepsze szkoły i osiągnięte prawie wszystko, co się w szkole osiągnać dało. Nie dałam się nigdy zniszczyć i zatrzymać, nigdy się nie poddałam, nigdy nie potrzebowałam nikogo, byłam najsilniejszą osobą, jaką tylko znam. I naprawdę niewiele osób stało tam, gdzie przez tyle lat edukacji stałam ja. Ale to mi nie dało szczęścia. 

I wszystko zaczęło się właściwie od zakończenia roku w 3 klasie gimnazjum. Przez trzy lata pracowałam na to, żeby mieć kiedyś najwyższą średnią w szkole, wyobrażałam sobie, jak będą czytać moje nazwisko, jak będę się czuła kończąc trzy trudne lata tak pięknie. I nadszedł ten dzień, na świadectwie przy 10 na 14 możliwych przedmiotów był "celujący", była średnia 5,75, sala gimnastyczna hucząca od braw, uściski, gratulacje, przyjaciele cieszący się z mojego sukcesu. Szłam po nagrodę, nadszedl upragniony moment... a ja nie czułam NIC. Zero radości. Po prostu odebrałam świadectwo i moje serce było tak samo puste jak zawsze. Wtedy myślałam, że to z szoku, że się cieszę- ale teraz wiem, że naprawdę się nie cieszyłam.

Potem były cudowne wakacje i cudowny chłopak, z którym te wakacje, tak samo pełne radości i zaskoczeń, co rozczarowań, przeżyłam- ale to wiecie :)

A potem był pierwszy rok liceum. I nie chcę pisać, jak tam jest, napiszę tylko, że już drugi rok śpię po 2-4 godziny na dobę, że oceny stawiają tam nawet bez liczenia punktów na sprawdzianie, że  nic tak nie wypala i nie niszczy psychicznie. Ale cały rok walczyłam, wywalczyłam dobry wynik- ale oprócz szkoły nie było nic. I kiedy miałam już świadectwo, miałam już ostatnie popołudnie roku szkolnego... wtedy wróciłam do domu i płakałam tak, jak chyba nigdy. Bez powodu, z całorocznego zmęczenia, żalu, smutku, świadomości, że moje życie jest jałowe i bezużyteczne. I tego wieczora napisał Damian, mimo że w tamtym czasie nie byliśmy w dobrych kontaktach, ale wyszłam z nim na dwór, bo chciałam uciec od swoich czarnych myśli. I wtedy po raz pierwszy odnalazłam taki spokój- właśnie w jego ramionach, spokój, który wszystko wyleczy i ukoi. Tak się zaczęło.

I co? Miałam wszystko, co chciałam- ale bez miłości tak naprawdę to było niczym. Teraz jestem wreszcie kimś, kto dostał swoją działkę szczęścia, który pije ze źródła życia, ma oparcie i jest oparciem.

Dlatego tak strasznie zszokowały mnie słowa  "ale pamietaj ze nie milosc w zyciu jest najwanziejsza...". I patrzyłam w nie z niedowierzaniem ze 2 minuty, zanim dotarł do mnie przekaz autora. Nie chcę więcej o tym mówić, bo to bez sensu. Tylko uczczę to minutą ciszy i smutną zadumą. A wszystkich skłaniam do reflekcji nad sensem ludzkiego istnienia.

"dlatego moja dobra rada ejst taka, abys poprawila sobie stan w szkole...bo jednak to ejst rownie wazne jak towj chlopak a bynajmniej powinno byc...". Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja nie mam wobec siebie zarzutów, jeśli w wieku 18 lat przyjdzie mi skończyć rok ze średnią 4,5  to z podniesionym czołem to zrobię, bo jednak dorośli ludzie powinni umieć sobie wszystko odpowiednio w życiu poukładać. A tam? Niech się dzieje co chce, ja do kuratorium nie pójdę, trzeba zaciskać zęby i dalej żyć. Nie dajmy się zwariować. Człowiek, którego można zamienić na sukces w szkole, wartości, które można zmierzyć korzyściami i życie,  bez docenienia miłości- to wszystko jest ty6lko falą, która rozbija się wściekle o brzeg- może wiele zniszczyć, ale nie zbuduje nic oprócz piaszczystej plaży, na której nic nie wyrośnie. 

Na czym buduję więc swoje życie? Na doświadczeniu, pracy, odpowiedzialności, więzach międzyludzkich. Na własnym rozumie, ale przede wszystkim- na MIŁOŚCI.  

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.

Moją notkę zaczęłam od rozważań o nieszczęściu, bo smutkiem i nieszczęściem jest to, że traci się wiarę w dobro, miłość, szczęście, możliwość odnalezienia w życiu swojego miejsca we Wszechświecie. Jeszcze raz powtarzam- tej notki nie kieruję do nikogo, dzielę się tylko spostrzeżeniami. Pozostaje mi już tylko ponownie zacytować Mickiewicza:

"Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu".  A cud naprawdę warto zobaczyć i przeżyć.

Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: Weheartit